
– I wtedy stają się dla siebie siostrami – dodała Marie.
– Chcesz mnie za siostrę?
– Ja… – Catherine zdawała się dusić od nadmiaru tej życzliwości, której się nie spodziewała, przynajmniej nie w tak bezpośrednich przejawach. Wyczuwając wahanie Catherine, Marie ujęła jej dłoń.
– Posłuchaj, wszystkie przez to przeszłyśmy pierwszego dnia, każdy potrzebuje odrobiny moralnego wsparcia, nie tylko dzisiaj, ale zawsze wtedy, kiedy czuje się zdołowany. Dlatego wszystkie tutaj jesteśmy siostrami. Polegam na tobie, a ty polegasz na mnie. Po pewnym czasie stwierdzisz, że jest to prawie dom, prawda, Tolly? – zaszczebiotała do pani Tollefson, która sprawiała wrażenie, jakby przywykła już do takich scen. W najmniejszym stopniu nie wydawała się zaskoczona, że Marie trzyma Catherine za rękę. Ta, która nie trzymała za rękę żadnej kobiety, odkąd przestała się bawić skakanką i grać w klasy, była najbardziej zakłopotaną osobą w pokoju.
– W porządku – odparła pani Tollefson. – Masz szczęście, Catherine, że Marie cię zaadoptowała. Jest jedną z naszych najsympatyczniejszych mieszkanek.
Puszczając rękę Catherine, machając dłonią w stronę pani Tollefson, Marie zbeształa ją:
– Och, mówi tak pani o każdej z nas. Chodź, Bobbi, ulokujemy Catherine w jej pokoju.
Kiedy wyszły, pani Tollefson zaśmiała się cicho i zagłębiła w fotelu przy biurku.
– Och, ta Marie to żywe srebro. Polubisz ją, jak sądzę. Usiądź, Catherine, usiądź.
– Czy wszystkie zwracają się do pani „Tolly”?
Kobieta była niedbale ubrana i promieniała przyjaznym ciepłem, które rozgrzewało Catherine. Miała na sobie spodnie w żakardowy wzór, zdecydowanie niemodne, obcisłą nylonową bluzkę i stary rozpinany sweter, który już dawno przybrał kształty obfitych piersi i ciężkich ramion pani Tollefson. Ogólnie mówiąc, Esther Tollefson była bardzo źle ubraną kobietą, ale brak stylu w ubiorze nadrabiała serdecznością.
