
ROZDZIAŁ 4
Minęły dwadzieścia cztery godziny od chwili, kiedy Herb Anderson pojawił się w domu Forresterów. Dwadzieścia cztery godziny, w czasie których Clay Forrester spał niewiele i zupełnie nie mógł się skoncentrować na ewolucji prawa, na którą wpłynęła sprawa McGratha przeciwko Harde'owi, jaką aktualnie analizował, przygotowując się do egzaminu.
Angela usłyszała trzaśniecie drzwi samochodu i podeszła do biurka, przy którym Claiborne siedział na obrotowym krześle.
– Przyjechał do domu, kochanie. Czy jesteś przekonany co do tego, co postanowiliśmy?
– O tyle, o ile jest to możliwe w tych okolicznościach.
– Bardzo dobrze, ale czy musisz z nim rozmawiać, siedząc za biurkiem niczym sędzia? Poczekajmy na niego na sofie.
Kiedy Clay wszedł do gabinetu, wyglądał na zmizerowanego. Stał, prawie nieświadomy przyjemnego ciepła, jakie dawał płonący ogień na kominku. Zbyt go przejęło napięcie malujące się na twarzach rodziców.
– Wejdź, Clay – zaprosiła go Angela. – Porozmawiajmy.
– Miałem straszny dzień. – Clay ze znużeniem opadł na fotel przy stoliku do kawy, odwrócony do nich tyłem, i pochyliwszy głowę, masował sobie kark. – A jak wy?
– Podobnie – odparł ojciec. – Spędziliśmy popołudnie w Arboretum i rozmawialiśmy. O tej porze roku, kiedy nie ma wycieczkowiczów, jest tam spokojnie.
– Niewiele udało mi się dzisiaj zdziałać, równie dobrze mogłem zostać w domu. Cały czas myślałem o niej.
– I?
– Nic się nie zmieniło od wczorajszego wieczoru. Chcę po prostu zapomnieć, że istnieje.
– Ale czy potrafisz, Clay?
– Mogę spróbować.
– Clay – zaczęła matka głosem przepełnionym troską – nie rozmawialiśmy o tym wczoraj, chociaż jestem pewna, że wszystkim przyszła taka myśl do głowy. Chodzi o to, że ta dziewczyna może dokonać aborcji.
– Rozmawialiśmy o takim rozwiązaniu – przyznał Clay. Angela poczuła skurcz w żołądku, a serce podeszło jej do gardła.
