Och, tak, pamiętał ją dobrze… Teraz sobie przypomniał! Starał się jednak usilnie, by nie dać tego po sobie poznać.

– W co, do diabła, chcecie mnie wrobić? – rzucił oskarżycielsko.

– Dobrze wiesz – odparła Catherine, zastanawiając się, jak długo potrafi zachować spokój.

– Masz cholerną rację, że on wie, kochasiu, nie myśl więc…

– wmieszał się Herb Anderson, grożąc palcem Clayowi.

– Jest pan w moim domu – przerwał mu gwałtownie pan Forrester – i jeśli chce pan, żeby ta dyskusjatrwała, proszę się liczyć ze słowami.

Słowo „dyskusja” zostało wypowiedziane z nie ukrywanym sarkazmem; było oczywiste, że Herb Anderson nie zna jego znaczenia.

– Weź się pan do roboty i zmuś tego tu kochasia, żeby się wreszcie przyznał, bo na Boga, wycisnę z niego prawdę, tak jak wycisnąłem z niej.

Clay miał wrażenie, że coś obślizłego poruszyło się w jego wnętrznościach. Spojrzał ostro na dziewczynę, lecz ona nadal była nad wyraz opanowana. Przyglądała się pobielałym knykciom jego ojca, zaciśniętym na blacie biurka.

– Albo będzie się pan zachowywał przyzwoicie, proszę pana, albo pan i pańska żona natychmiast stąd wyjdziecie, zabierając ze sobą swoją córkę! – wycedził zimno Forrester.

Anderson jednak przez całe życie czekał, by jego statek zawinął wreszcie do portu, i to… na Boga!… stało się! Odwrócił się i stanął twarzą w twarz z Clayem.

– Posłuchajmy teraz ciebie, kochasiu – kpił. – Powiedz tylko, że nigdy nie widziałeś jej na oczy, a zrobię z ciebie krwawą masę. A kiedy skończę, synku, podam do sądu twojego ojca i wycisnę z niego ostatniego centa. Taki bogaty drań jak ty myśli, że może sobie pieprzyć wszystko, co chodzi w spódnicy. Cóż, nie tym razem, nie tym razem!



8 из 355