
— Dziękuję, doktorze — powiedziała siostra, przyjmując taśmę i wsuwając ją w szczelinę panelu kontrolnego noszy. — Ma pan jeszcze jakieś dane kliniczne, które powinnam przekazać lekarzowi odpowiedzialnemu za pacjenta?
Turragh-Mar zastanowił się chwilę.
— Stan pacjenta nie uległ zmianie, odkąd sześć dni temu zabraliśmy go z planetarnego szpitala. Jak sama pani widzi, jest w całkiem dobrej kondycji. Podczas lotu doszedłem do wniosku, że mimo bogatej historii klinicznej przypadku, w grę może wchodzić także element psychologiczny.
— Rozumiem, doktorze — odparła siostra. — Pacjent Hewlitt może jednak być pewien, że jakkolwiek złożony okaże się jego problem, zrobimy wszystko, aby go rozwiązać.
Turragh-Mar szczeknął krótko, a autotranslator w ogóle tego nie przełożył.
— Życzę powodzenia — dodał i zniknął w rękawie łączącym szpital ze statkiem.
— Pacjencie Hewlitt — powiedziała siostra — proszę zająć miejsce na noszach, i ułożyć się wygodnie. Zabieram pana na oddział siódmy na dwudziestym dziewiątym poziomie, gdzie będzie pan…
— Nie zamierzam na nic wsiadać! — warknął Hewlitt. Złość, niepewność i instynktowna niechęć do monstrualnej obcej istoty sprawiły, że odezwał się głośniej, niż chciał. — Nic mi nie jest, a szczególnie dotyczy to moich nóg. Sam pójdę.
— Proszę mi wierzyć, że o wiele lepiej będzie się panu podróżować na noszach.
— Lepiej będzie wtedy, gdy przestaniecie mówić tu o mnie jak o… o bezosobowym przypadku — odparł Hewlitt. — Przez cały rejs ta orligiańska karykatura lekarza nie potrafiła odezwać się do mnie jak do człowieka i mężczyzny, a pani od początku zachowuje się tak samo. Proszę zwrócić na to uwagę, siostro.
Przez dłuższą chwilę żadne z nich się nie odzywało. W końcu siostra przerwała milczenie.
