
— Tak, proszę pana.
— Więc co to ma być? Ostatni rzut kośćmi? Dlaczego?
— Nie rozumiem tego, proszę pana. Znaczy… mieli przecież wszystko.
— Najwyraźniej — przyznał Patrycjusz. — Ale wszystko okazało się niewystarczające, prawda?
* * *
Jakaś kłótnia wybuchła w przed pokoju obok Podłużnego Gabinetu Patrycjusza. Co kilka minut jakiś urzędnik wślizgiwał się przez boczne drzwi i składał na biurku kolejną stertę papierów.
Vetinari przyglądał się im. Być może, uznał, najlepszym rozwiązaniem byłoby zaczekać, aż stos międzynarodowych porad i żądań urośnie tak wysoki, jak Cori Celesti, a po tem zwyczajnie wspiąć się na sam czubek.
Hej ho, hej łups, załatwione, pomyślał.
Zatem, jak wypada człowiekowi wyznającemu jakoby dewizę „nie siedź, działaj”, wstał i wziął się do działania. Otworzył tajne drzwiczki ukryte za panelem ściany, a po chwili sunął już bezgłośnie sekretnymi korytarzami zamku.
W pałacowych lochach przebywało kilku złoczyńców czekających na łaskę Patrycjusza. A że Vetinari rzadko miewał łaskawy nastrój, byli tam uwięzieni raczej na długo. Teraz jednak celem wędrówki był najdziwniejszy ze wszystkich więźniów, który mieszkał na strychu.
Leonard z Qu irmu nie popełnił nigdy żadnego przestępstwa. Bliźniego swego traktował z dobro dusznym zaciekawieniem. Był artystą, a także najmądrzejszym człowiekiem pośród żyjących, jeśli słowo „mądry” rozumieć w bar dzo specjalistycznym, technicznym sensie. Vetinari jednak sądził, że świat nie jest jeszcze gotów na przyjęcie człowieka, który w ra mach hobby projektuje niewyobrażalne machiny wojenne. Leonard był przede wszystkim artystą — sercem i duszą, we wszystkim co czynił.
W tej chwili malował portret damy, na podstawie serii szkiców, które przypiął obok sztalug.
— To ty, panie? — rzekł, unosząc głowę. — Jaki masz problem?
— A jest jakiś problem? — zdziwił się Vetinari.
