
— Eee… tak?
— Czy możesz opisać teren?
— Eee…
— Jaka tam była sceneria — podpowiedział uprzejmie Vetinari.
— Eee… rozmazana. Ścigali mnie jacyś ludzie.
— Doprawdy? A z jakiego powodu?
Rincewind wyraźnie się zdumiał.
— Och, nigdy się nie zatrzymuję, żeby sprawdzić, czemu mnie ścigają. Nigdy też nie oglądam się za siebie. To byłoby raczej niemądre, wie pan.
Vetinari pogładził grzbiet nosa.
— Powiedz lepiej, co wiesz o Cohe nie, jeśli można — poprosił znużony.
— O nim ? To zwykły bohater, który nigdy nie zginął. Zasuszony starzec. Niezbyt inteligentny, ale ma tyle sprytu i chytro ści, że trudno to zauważyć.
— Czy jesteś jego przyjacielem?
— Cóż, spotkaliśmy się kilka razy i mnie nie zabił. Można to chyba uznać za „tak”.
— A coś o tych staruszkach, którzy mu towarzyszą?
— To nie są staruszkowie… To znaczy niby tak, są staruszkami… Ale tego… to jego Srebrna Orda.
— Oni są Srebrną Ordą? Całą?
— Zgadza się — potwierdził Rincewind.
— Ale przecież słyszałem, że Srebrna Orda podbiła całe Imperium Agatejskie!
— Tak, proszę pana. To właśnie oni. — Rincewind pokręcił głową. — Wiem, trudno w to uwierzyć, ale nie widział pan, panie, jak oni walczą. Są doświadczeni. I waż niejsza rzecz, właściwie najważniejsza, jeśli chodzi o Co hena… to jest zaraźliwe.
— Chcesz powiedzieć, że roznosi zarazę?
— To jakby choroba psychiczna, proszę pana. Albo magia. On jest zwariowany jak gronostaj, ale… wystarczy, że ludzie trochę z nim pobędą, a za czynają widzieć świat na jego sposób: cały wielki i bardzo prosty. I chcą być jego częścią.
Vetinari w sku pieniu oglądał swoje paznokcie.
— Ale, jak rozumiem, ci ludzie ustatkowali się, byli niewiarygodnie bogaci i potężni — powiedział. — Tego przecież chcą bohaterowie, prawda? Obcasem sandała miażdżyć trony tego świata, jak to określił poeta.
