
* * *
Początek tej opowieści miał miejsce dziesiątki tysięcy lat temu, pewnej wietrznej, burzliwej nocy, kiedy płomyk ognia zsuwał się z góry w samym środku świata. Poruszał się skokami i szarp nięciami, jak gdyby niosąca go niewidoczna osoba zjeżdżała i spadała z głazu na głaz.
W pewnym momencie linia ognia zmieniła się w fon tannę iskier, zakończoną w za spie na dnie szczeliny. Jednak ze śniegu wysunęła się dłoń ściskająca dymiącą, żarzącą się jeszcze pochodnię. Wiatr, popychany gniewem bogów i ma jący własne poczucie humoru, rozdmuchał płomień na nowo.
Potem płomień nie zgasł już nigdy.
* * *
Koniec tej opowieści zdarzył się wysoko ponad światem, ale obniżał się coraz bardziej, spływając kręgami ponad starożytne i nowo czesne miasto Ankh-Morpork. Tam, jak głosi legenda, wszystko można kupić i sprze dać — a jeśli nie mają tego, czego człowiek akurat szuka, zawsze mogą to dla niego ukraść.
Niektórzy mogą to nawet wyśnić…
Stworzenie, szukające teraz w dole pewnego konkretnego budynku, było wyszkolonym bezcelowym albatrosem. Według ogólnie przyjętych norm, nie uważano go za zwierzę szczególnie niezwykłe
Ten ptak był mniej więcej oswojony. Jego obłąkane, paciorkowate oko dostrzegło już miejsce, gdzie — z po wodów całkowicie dla niego niepojętych — można było znaleźć anchois. I ko goś, kto z pewno ścią usunie z jego nogi ten niewygodny walec. Albatros uznał to za całkiem niezły układ, z czego łatwo można wywnioskować, że albatrosy są jeśli już nie całkiem bezcelowe, to w każ dym razie dość tępe.
Zatem zupełnie niepodobne do ludzi.
* * *
Ludzkość podobno od niepamiętnych czasów śni o lataniu. Istotnie, źródła tych marzeń sięgają przodków człowieka, u któ rych najczęściej występował sen o spada niu z gałęzi. W każ dym razie wśród wielkich snów ludzkości jest też ten o ucieczce przed parą wielkich butów z zę bami. I nikt nie twierdzi, że musi to mieć jakiś sens.
