
* * *
Trzy pracowite dni później lord Vetinari, Patrycjusz Ankh-Morpork, stał w głów nym holu Niewidocznego Uniwersytetu. Był pod wrażeniem. Magowie, kiedy już pojęli wagę problemu, potem zjedli obiad i pokłó cili się o de ser, potrafili rzeczywiście pracować całkiem szybko.
Ich metodę poszukiwania rozwiązań, w ocenie Patrycjusza, można by zakwalifikować jako kreatywny zgiełk. Jeśli pytanie brzmiało: Jakie jest najlepsze zaklęcie, by zmienić tomik poezji w żabę ? — jedyne, czego na pewno nie robili, to nie zaglądali do książki o tytule w stylu „Podstawowe zaklęcia płazie w śro dowisku literatury pięknej. Zestawienie porównawcze”. W pewien sposób byłoby to nieuczciwe. Kłócili się za to, stojąc kręgiem wokół tablicy; wyrywali sobie kredę i zma zywali fragmenty tego, co aktualny posiadacz kredy pisał, zanim jeszcze zdążył skończyć zdanie. Jednakże wszystko to jakoś działało.
W tej chwili pośrodku sali stało coś dziwnego. Wykształconemu humanistycznie Patrycjuszowi przypominało wielkie szkło powiększające w ra mie z jakichś śmieci.
— Technicznie rzecz biorąc, wie pan, omniskop może zajrzeć wszędzie — tłumaczył nadrektor Ridcully, technicznie rzecz biorąc, przywódca wszelkiej znanej magii
— Doprawdy? Zadziwiające.
— W każde miejsce w do wolnym czasie — mówił dalej Ridcully, zapewne w celu spotęgowania wrażenia.
— Jakże to niezwykle użyteczne.
— Wiem, wszyscy to powtarzają. Ale kłopot polega na tym, że ponieważ ta paskudna aparatura może zajrzeć wszędzie, strasznie trudno jest przez nią cokolwiek zobaczyć. W każ dym razie cokolwiek wartego oglądania. Zdumiałby się pan, ile jest we wszechświecie różnych miejsc. I cza sów też.
— Na przykład dwadzieścia po pierwszej — podpowiedział Vetinari.
— W istocie. Między innymi — zgodził się Ridcully. — Czy zechce pan spojrzeć?
