
Bogowie grywali ponad kręgiem świata. I cza sem zapominali, co się dzieje, jeśli pozwolić pionkowi dotrzeć na sam szczyt planszy.
* * *
Trochę trwało, nim pogłoski rozeszły się po mieście, ale przywódcy wielkich gildii dwójkami i trój kami zaczęli przybywać na Niewidoczny Uniwersytet. Potem wieści dotarły do ambasadorów. W ca łym mieście wysokie wieże semaforowe przerwały swe niemające końca zajęcie przekazywania bieżących cen na rynku, wysłały sygnał, by oczyścić linię dla priorytetowej depeszy alarmowej, po czym zamachały znowu, śląc niewielkie pakiety zguby ku kancelariom i zam kom na całym kontynencie.
Były szyfrowane, naturalnie. Jeśli ktoś ma do przekazania informację o końcu świata, nie chciałby, żeby wszyscy się o tym dowiedzieli.
Vetinari wpatrywał się w stół. Wiele się zdarzyło w ciągu ostatnich godzin.
— Spróbuję zrekapitulować, panie i pano wie — rzekł, gdy ucichł gwar. — Według informacji od władz Hunghung, stolicy Imperium Agatejskiego, cesarz Dżyngis Cohen, wcześniej znany światu jako Cohen Barbarzyńca, jest obecnie w drodze do siedziby bogów, wraz z urzą dzeniem o znacz nej mocy niszczącej oraz z zamia rem, wedle jego własnych słów, „zwrócenia tego, co zostało ukradzione”.
— A co to nas obchodzi? — zdziwił się pan Boggis, szef Gildii Złodziei. — Przecież to nie nasz cesarz.
— Jak się zdaje, agatejski rząd uważa, że jesteśmy w sta nie dokonać wszystkiego — wyjaśnił Patrycjusz. — Mamy podejście typu: Hej ho, hej łups, do roboty, załatwione.
— Czego dokonać?
— W tym przypadku: ocalić świat.
— Ale musielibyśmy ocalić go dla wszystkich, zgadza się? — upewnił się Boggis. — Nawet dla cudzoziemców?
— Nie można ocalić tylko tych kawałków, które nam się podobają. Jednak najważniejsza kwestia w ra towaniu świata, panie i pano wie, to że ów świat nieodmiennie zawiera w so bie kawałeczek, na którym akurat stoicie. Dlatego bierzmy się do pracy. Czy magia może nam pomóc, nadrektorze?
