Słowa pieśni brzmiały mniej więcej tak:

— Larwy! To właśnie będziemy dziś jedli. To żarcie, nie jedzenie. I co robimy, żeby się dostać do larwalnego żarcia? Grzebiemy w ziemi, jak larwa. Hurra! — Następna porcja ziemi wyfrunęła na stos, a głos dodał już spokojniej: — Ciekawe, czy można jeść muchy.

Mówią, że tutejszy upał i tutejsze muchy mogą człowieka doprowadzić do szaleństwa. Ale nie trzeba w to wierzyć — tak jak nie wierzył ten jaskrawy, jasnofioletowy słoń, który właśnie przejechał obok na rowerze.

Dziwne, ale szaleniec w dziurze był jedyną przebywającą obecnie na kontynencie osobą, która mogłaby rzucić nieco światła na niewielki dramat rozgrywany o tysiąc mil dalej i parę sążni niżej. Pewien poszukiwacz opali, górnik znany kolegom tylko jako Ślag, miał właśnie dokonać najcenniejszego, ale najbardziej niebezpiecznego odkrycia w swojej karierze.

Kilofem odłupał skałę i zdmuchnął pył tysiącleci. W świetle świecy coś błysnęło.

Było zielone jak zamrożony zielony płomień.

Ostrożnie, z umysłem stężałym nagle jak to światło pod palcami, odsunął luźne kamienie. Kiedy spadały, opal chwytał i odbijał mu w twarz coraz więcej światła. Zdawało się, że jego lśnienie nie ma końca.

Wreszcie górnik gwałtownie wypuścił oddech.

— Ślag!

Gdyby znalazł mały kawałek zielonego opalu, powiedzmy rozmiarów fasoli, zawołałby kumpli i razem by obalili kilka piw. Przy opalu wielkim jak pięść waliłby rękami o ziemię z radości. Ale to… Wciąż stał w miejscu i delikatnie gładził go palcami, gdy inni górnicy zauważyli światło i podbiegli.



10 из 294