
We trzech dotarli do cieni pod główną bramą, niemal całkiem zasłoniętą wirującymi płatkami śniegu. Dyżurny pedel już na nich czekał.
— Stać! Kto Idzie? — zawołał.
McAbre zasalutował.
— Klucze Nadrektora!
— Przejście Dla Kluczy Nadrektora!
Główny pedel zrobił krok naprzód, wyciągnął przed siebie obie ręce z dłońmi zgiętymi i skierowanymi ku sobie, po czym klepnął się w pierś w miejscach, gdzie jakiś pedel — dawno już spoczywający w grobie — miał kieszenie. Klap, klap! Następnie wyciągnął ramiona na boki i sztywno poklepał się po bokach kurtki. Klap, klap!
— Do Licha! Przysiągłbym, Że Miałem Je Przed Chwilą! — ryknął, ze starannością buldoga akcentując każde słowo.
Odźwierny zasalutował. McAbre zasalutował.
— Sprawdzałeś W Innych Kieszeniach?
McAbre zasalutował. Odźwierny zasalutował. Niewielka piramida śniegu osiadała mu na meloniku.
— Musiałem Je Chyba Zostawić Na Kredensie. Stale To Samo, Co?
— Powinieneś Pamiętać, Gdzie Je Kładziesz!
— Zaraz! Może Są W Mojej Drugiej Kurtce!
Do przodu wystąpił młody pedel, który w tym tygodniu był Trzymającym Drugą Kurtkę. Każdy z trzech zasalutował obu pozostałym. Najmłodszy odchrząknął i zdołał wykrztusić:
— Nie, Zaglądałem… Tam… Dziś Rano!
McAbre skinął mu głową, by pochwalić za dobre wykonanie trudnego zadania, po czym znowu poklepał kieszenie.
