Zwykły lód, wiatr i śnieg nigdy nie zdołały w nim przeszkodzić. Pedle w dawnych czasach deptali po mackowatych monstrach, by dopełnić ceremoniału; brodzili w falach powodzi, machali swymi melonikami na zagubione gołębie, harpie i smoki, a także ignorowali zwykłych członków ciała profesorskiego, którzy otwierali okna swych sypialni i wykrzykiwali przekleństwa w stylu „Skończcie z tym piekielnym hałasem! Po co to wszystko?”. Nigdy nie skończyli ani nawet nie pomyśleli o skończeniu. Nie można skończyć Tradycji. Można ją tylko rozwinąć.

We trzech dotarli do cieni pod główną bramą, niemal całkiem zasłoniętą wirującymi płatkami śniegu. Dyżurny pedel już na nich czekał.

— Stać! Kto Idzie? — zawołał.

McAbre zasalutował.

— Klucze Nadrektora!

— Przejście Dla Kluczy Nadrektora!

Główny pedel zrobił krok naprzód, wyciągnął przed siebie obie ręce z dłońmi zgiętymi i skierowanymi ku sobie, po czym klepnął się w pierś w miejscach, gdzie jakiś pedel — dawno już spoczywający w grobie — miał kieszenie. Klap, klap! Następnie wyciągnął ramiona na boki i sztywno poklepał się po bokach kurtki. Klap, klap!

— Do Licha! Przysiągłbym, Że Miałem Je Przed Chwilą! — ryknął, ze starannością buldoga akcentując każde słowo.

Odźwierny zasalutował. McAbre zasalutował.

— Sprawdzałeś W Innych Kieszeniach?

McAbre zasalutował. Odźwierny zasalutował. Niewielka piramida śniegu osiadała mu na meloniku.

— Musiałem Je Chyba Zostawić Na Kredensie. Stale To Samo, Co?

— Powinieneś Pamiętać, Gdzie Je Kładziesz!

— Zaraz! Może Są W Mojej Drugiej Kurtce!

Do przodu wystąpił młody pedel, który w tym tygodniu był Trzymającym Drugą Kurtkę. Każdy z trzech zasalutował obu pozostałym. Najmłodszy odchrząknął i zdołał wykrztusić:

— Nie, Zaglądałem… Tam… Dziś Rano!

McAbre skinął mu głową, by pochwalić za dobre wykonanie trudnego zadania, po czym znowu poklepał kieszenie.



4 из 294