
— Czekaj, Niech To Kruki Rozdziobią, Były Jednak W Tej Kieszeni! Ależ Ze Mnie Oferma!
— Nie Przejmuj Się, Mnie Też Się To Zdarza!
— Jestem Czerwony Ze Wstydu! Następnym Razem Własnej Głowy Zapomnę!
Gdzieś w ciemności zaskrzypiało okno.
— Ehm… Przepraszam, panowie…
— No Więc Tutaj Masz Klucze! — oświadczył McAbre, podnosząc głos.
— Wielkie Dzięki!
— Zastanawiam się, czy moglibyście… — ciągnął płaczliwy głos, przepraszając za samą myśl o skargach.
— Wszystko Bezpieczne i Zabezpieczone! — zakrzyknął odźwierny, oddając klucze.
— …może choć troszkę ciszej…
— Błogosławieństwo Wszystkim Tutaj! — wrzasnął McAbre, a żyły wystąpiły mu na grubym, czerwonym karku.
— Uważaj Tylko, Gdzie Je Tym Razem Położysz! Ha! Ha! Ha!
— Ho! Ho! Ho! — huknął McAbre, niemal nie panując nad sobą z wściekłości.
Zasalutował sztywno i wykonał w tył zwrot, z całkiem zbędnym głośnym tupaniem. Starożytna wymiana zdań dobiegła końca, więc odmaszerował na portiernię, mrucząc coś gniewnie pod nosem.
Okno małego szpitaliku uniwersyteckiego znowu się zamknęło.
— Ten typ sprawia, że mam ochotę przeklinać — stwierdził kwestor. Pogrzebał w kieszeni i wyjął swoje zielone pudełeczko pigułek z suszonej żaby. Kilka się wysypało, kiedy męczył się z wieczkiem. — Stale posyłam mu notatki. Mówi, że to tradycyjne, ale… sam nie wiem… jest przy tym taki hałaśliwy… — Wytarł nos. — Co z nim?
— Nie za dobrze — odparł dziekan.
Bibliotekarz był bardzo, bardzo chory.
Śnieg oblepiał zamknięte okno.
Przed płonącym w kominku ogniem leżał stos koców. Od czasu do czasu dygotał lekko. Magowie przyglądali mu się z troską.
Wykładowca run współczesnych gorączkowo przewracał kartki książki.
— Ale skąd mamy wiedzieć, czy jest w zaawansowanym wieku, czy nie? — zastanawiał się głośno. — Jaki jest zaawansowany wiek dla orangutana? A on jest magiem. I cały czas siedzi w bibliotece. To magiczne promieniowanie, bez przerwy… W jakiś sposób grypa atakuje jego pole morficzne, ale mogło ją wywołać cokolwiek.
