Nadrektor Ridcully, w którego głowie to ostatnie zdanie zdradziecko utkwiło, zdał sobie nagle sprawę, że szkicuje w myślach nekrolog.

— Ktoś wezwał lekarza? — zapytał.

— Dziś po południu sprowadziliśmy Jimmy’ego Pączka

— Ugryzł go? Z termometrem w ustach?

— Hm… niezupełnie. Tu właśnie, można powiedzieć, odkrył pan powód tego ugryzienia.

Przez chwilę trwała grobowa cisza. Pierwszy prymus ujął bezwładną dłoń jakby z czarnej skóry i poklepał ją odruchowo.

— Nie piszą w książce, czy te małpiszony mają puls? — zapytał. — A nos powinien mieć zimny czy jak?

Rozległ się cichy odgłos, jak gdyby pół tuzina ludzi jednocześnie i gwałtownie nabierało tchu. Magowie zaczęli ostrożnie odsuwać się od pierwszego prymusa.

Przez kilka sekund słychać było jedynie trzask ognia i wycie wiatru za oknem.

Magowie wrócili na miejsca.

Pierwszy prymus, ze zdumioną miną kogoś, kto wciąż jeszcze posiada wszystkie znane kończyny, bardzo powoli zdjął swój spiczasty kapelusz. Coś takiego mag robi tylko w wyjątkowo ponurych okolicznościach.

— No cóż, już po wszystkim — powiedział. — Biedaczysko wyruszył do domu. Wraca na wielką pustynię na niebie.

— Ehm… raczej do lasu tropikalnego — poprawił Myślak Stibbons.

— Może pani Whitlow przygotowałaby mu ciepłą, pożywną zupę? — zaproponował wykładowca run współczesnych.

Nadrektor Ridcully zastanowił się nad ciepłą, pożywną zupą pani Whitlow.

— Zabije albo wyleczy — mruknął. Ostrożnie poklepał bibliotekarza. — Weź się w garść, chłopie — powiedział. — Wkrótce znowu staniesz na nogi i nadal będziesz wnosił cenny wkład.

— Na kostki — podpowiedział dziekan.

— Co takiego?

— Raczej na kostki rąk niż na nogi.

— Na kółka — wtrącił wykładowca run współczesnych.

— To niesmaczny żart — uznał Ridcully.

Wyszli z pokoju. Z korytarza dobiegły jeszcze cichnące głosy.



8 из 294