
Ale zbrojownia była tylko początkiem. Kilka dni później hrabia ponownie odwiedził Marinę wieczorem w jej pokoiku.
„Nie, nie!” – wołała przerażona.
„Milcz, dziewczyno. Czy chcesz, żeby kat przyszedł po twoją matkę? Ja mogę zachować wszystko w tajemnicy, pamiętaj o tym – szeptał hrabia. – Nie bój się, nie będziesz mnie musiała dotykać, jeśli nie chcesz. Leż tylko spokojnie.”
„Ja chcę do mamy!”
„Ona śpi. Cały zamek śpi. Leż spokojnie, nic ci się nie stanie. Wujek Povl tylko cię pogłaszcze.”
Marina leżała sztywna jak kłoda z uczuciem, że wszyscy ludzie ją opuścili, podczas gdy hrabia wsunął dłoń pod przykrycie i dotknął jej piersi, sapiąc przy tym z zadowolenia.
„Bardzo proszę, przestańcie” – błagała.
„Dobrze, nie będę tam trzymał ręki, jeśli ci się to nie podoba – powiedział aksamitnym głosem. – Wszystko dla mojej małej laleczki.”
A potem przesunął spocone palce jeszcze niżej. Ześlizgnęły się w dół po jej skórze do najbardziej intymnego miejsca. Wtedy Marina wydała z siebie rozdzierający krzyk upokorzenia i strachu… Szybko poklepał ją po ręce i odszedł.
Chcąc odpędzić od siebie drastyczne wspomnienie, mocno przycisnęła dłonie do oczu. Na nic się to jednak nie zdało.
Hildegardę obudził gwar głosów ludzi, którzy zebrali się wokół niej. Gorąco, opary potu, niezdrowe podniecenie tłumu… Gdzie była, co się stało?
Jakiś głos z dalszych szeregów wypowiedział słowa, które dotknęły ją do żywego:
– Ta tam już długo nie pożyje.
Usłyszała inny glos, łagodny i życzliwy:
– Bardzo proszę, nie wypowiadajcie się w obecności chorej o sprawach, o których nie macie pojęcia.
Ten głos należał da mężczyzny, którego Hildegarda polubiła od razu tak bardzo, że płacz wywołany pierwszą, okrutną wypowiedzią, zmienił się teraz w łzy wdzięczności.
