
– Nie możesz tu siedzieć całą noc – powiedział.
– Pan jedzie do domu – odparła wreszcie.
– Co się stało?
– Pan uciekł – dodała tonem zagubionego dziecka.
– Tak.
– Zostawił nas.
– Bardzo mi przykro. Ale wróciłem. Zaryzykował następny krok. Gdybyż tylko miał ze sobą coś, co by ją udobruchało – pół wiaderka lodów Haagen – Dazs. Albo kozła ofiarnego.
Wielka Cyndi rozpłakała się. Podszedł wolno, wyciągając przed siebie rękę na wypadek, gdyby chciała ją obwąchać. Lecz pomruki zastąpiło już szlochanie. Myron położył dłoń na jej ramieniu, twardym jak kula do kręgli.
– Co się stało? – spytał ponownie.
Pociągnęła nosem. Głośno. Hałas o mały włos nie wgniótł zderzaka w limuzynie.
– Nie powiem.
– Dlaczego?
– Zakazała.
– Esperanza?
Wielka Cyndi skinęła głową.
– Będzie jej potrzebna pomoc – rzekł Myron.
– Nie chce pańskiej pomocy.
Bolesne słowa. Wciąż lało. Usiadł na schodach obok Cyndi.
– Gniewa się na mnie, że wyjechałem?
– Nic panu nie powiem, panie Bolitar. Przykro mi.
– Dlaczego?
– Nie kazała.
– Esperanza sama sobie z tym nie poradzi. Potrzebuje adwokata.
– Już ma.
– Kogo?
– Hester Crimstein.
Wielka Cyndi sapnęła, jakby zdała sobie sprawę, że powiedziała za dużo, lecz być może wymknęło się to jej celowo.
– Jak ją wynajęła? – spytał.
– Pan się na mnie nie gniewa, panie Bolitar, ale nic więcej nie powiem.
– Ja się nie gniewam, po prostu się martwię.
Na widok jej uśmiechu z trudem powstrzymał krzyk.
