
Zagryzłem wargi. Starzec wpatrywał się we mnie uważnie, zmrużywszy sine, załzawione oczy.
— Co cię jeszcze interesuje?
Wskazałem na wnętrze mrocznej sali.
— Skąd to wszystko?
— Chodź no tutaj — rzekł starzec zamiast odpowiedzi.
Jeszcze raz spojrzałem na portret i po kamiennych schodach zszedłem do sali.
— Ktoś ty? — zapytał, kiedy stałem obok niego.
Przedstawiłem się.
Staruszek otarł suchą ręką żółte, woskowe czoło.
— Przypominam sobie — mruknął patrząc na mnie. — Czytałem twoją artykuły o Atlantyku. Same bzdury. Nie przerywaj. Bzdury. Pod jednym względem masz tylko rację. Dno opada. Wciąż opada. Jego ojczyzna — wskazał na portret — idzie coraz głębiej.
— Nie rozumiem. On… kim on jest?
— Poczekaj… Jego rodacy obrabiali te kamienie. Widziałeś rękę dziewczynki? Doskonalszej ręki nie wyrzeźbił żaden ziemski artysta, odkąd istnieje ludzkość. A ornamenty? Widziałeś gdzie takie…?
— Nie — przyznałem.
— No pewnie. W sztuce nikt im jeszcze nie dorównał.
— Pan to wszystko wydobył z dna oceanu.
Staruszek uśmiechnął się pogardliwie.
— Ocean tyle oddał. Jeśli ktoś opuści się na dno… — Zamilkł, nie kończąc zdania, i odwrócił się.
— To znajdzie Atlantydę — podpowiedziałem.
— Po co szukać? — nerwowo zamachał chudymi, kościstymi ramionami. — Już ją dawno znaleziono. Jest tu dookoła. Jesteśmy w centrum prowincji południowo-wschodniej. Dwadzieścia mil na północ leży Wielki Port Wschodni. Stąd okręty ich wypływały ku brzegom Afryki i na Morze Śródziemne. Na zboczach tej góry, która zmieniała się w wyspę, mieściło się wielkie obserwatorium. Mówił tak, jak gdyby wszystko to był widział na własne oczy.
— Skąd pan wie? — nie wytrzymałem.
Nie zdenerwował się. Popatrzył na mnie uważnie, potem podjął cicho, jak gdyby rozmawiał sam z sobą.
