— Chodźmy… Tylko uprzedzam — nie mam ani grosza. W ostatnich dniach do muzeum nikt nie zaglądał… prócz ciebie.

* * *

Wyszliśmy. Słońce wisiało już nisko nad horyzontem. Lekka bryza niosła wilgotny chłodek. Od jej porywów zaczynały szeleścić szerokie liście palm. Opodal wzdychał z szumem ocean.

Przy wejściu do muzeum na kamiennej ławce leżała paczka czasopism.

Di Riveira podniósł je, przekartkował i ostrożnie położył na fotelu stojącym w hallu.

— Jałmużna dla naszego muzeum — wyjaśnił zamykając ciężkie dębowe drzwi. — Przysyłają bezpłatnie. Tu i ówdzie jeszcze o nas pamiętają.

Obfita kolacja przeciągała się. Kwaśnym winem popijaliśmy ostre miejscowe potrawy, wymieniając zdawkowe uwagi. Kiedy na stole pojawiły się maleńkie filiżaneczki dymiącej aromatycznej kawy, starzec wytarł bibułką cienkie, blade wargi, spojrzał na mnie uważnie i rzekł:

— Chciałeś znać historię portretu. Słuchaj. Portret ten przedstawia człowieka, którego fale wyrzuciły o kilka mil stąd, tam, za tym skalistym cyplem, 28 czerwca 1889 roku. Tego rana brodziło koło brzegu dwóch młodych wartogłowów. Jeden z nich chciał zostać językoznawcą.

Przyjechał na Maderę doskonalić swoją portugalszczyznę. Ale interesowały go języki w ogóle. Miał właśnie w kieszeni tomik wierszy Safony i wykrzykiwał na cały głos wdzięczne strofy starogreckie, usiłując przekrzyczeć ocean. Drugi był malarzem. Przyjechał malować ocean, niebo i wodę. Idąc wzdłuż brzegu, językoznawca i malarz zauważyli na mokrym piasku czerwoną plamę. Podeszli bliżej i zobaczyli wspaniały płaszcz z zadziwiająco lekkiej i elastycznej purpurowej tkaniny, przetykanej złotą nitką.

Oświadczyłem, że to rzymska toga, a Jacques, że to płaszcz Holendra-tułacza porwany przez huragan.



14 из 282