
— No a co dalej? — spytałem.
— O portrecie już wszystko — rzekł cicho starzec — skały i ocean Jacques malował z natury. Sam rozpoznasz miejsce, jeśli kiedy będziesz na tym cyplu. Zajrzyj tam. Ocean przyjął tam w swoje łono ostatniego człowieka Atlantydy.
— Ostatniego człowieka… Atlantydy? — powtórzyłem zbity z tropu i pewien, że się przesłyszałem.
— Tak. Człowiek ten wrócił na Ziemię po dwunastu tysiącach ziemskich lat i nie znalazł nawet miejsca, gdzie była jego ojczyzna.
Poczułem, że w głowie zaczyna mi się kręcić. Błysnęła myśl: „Ktoś z nas zwariował. Albośmy się obaj wstawili”.
Łyknąłem kawy i wpatrywałem się w starca.
Di Riveira splótł cienkie palce i podparłszy na nich ostry suchy podbródek patrzył na ciemniejący ocean. Wiatr rozwiewał rzadkie włosy na jego żółtej, przypominającej pergamin czaszce.
— Może pan powie jaśniej — poprosiłem. Milczał.
— Jak mam rozumieć „dwanaście tysięcy lat”?
— Oczywiście dosłownie.
Wzruszyłem ramionami. Zdenerwował się.
— Nie śpiesz się z pochopnymi wnioskami. Pomyśl.
