
— Nie jestem specjalistą od rozwiązywania takich zagadek. To coś, jak z modelem karaweli Kolumba… „zrobiona własnoręcznie przez jego towarzysza”. Zdaje się, tak tam jest napisane.
Starzec uśmiechnął się.
— Jesteś lepszym obserwatorem, niż myślałem. Tam dużo śmiecia, pewnie. Ale karawela autentyczna. Etykietka na kilu oznacza datę restauracji, nic więcej.
— A mimo wszystko nie rozumiem.
— Chcesz powiedzieć „nie wierzę”?
— Można i tak…
Przyszło mi nagle do głowy, że padłem ofiarą jakiejś dziwnej mistyfikacji, poczułem zmęczenie i wstręt. Czyżby to wszystko było sprytną inscenizacją? Zacząłem żałować zmarnowanego dnia.
Di Riveira siedział i wciąż milczał. Oczy miał zamknięte. Sprawiał wrażenie śpiącego.
— Ot, widzisz — rzekł wreszcie, nie podnosząc powiek. — Trudno w to uwierzyć. Z punktu widzenia każdego durnia masz oczywiście rację. Ale gdzie przebiega granica — uderzył nagle kościstymi pięściami w stół — gdzie przebiega granica między „prawdopodobnym” i „nieprawdopodobnym”? Milczysz!
Gotów byłeś uwierzyć, że kamienie z podziemnego muzeum, to resztki kultury Atlantów. To dlaczego nie wierzysz, że Atlanta, ostatni Atlanta, wskazał miejsce tych znalezisk. Nie wierzysz w możliwość wskrzeszenia człowieka?… Ja też nie wierzę. Kiedy umrę, żadna siła nie zdoła mnie wskrzesić. On też nie zmartwychwstał. Umarł, pierwszy i ostatni raz na moich rękach, siedemdziesiąt lat temu. I pochowałem go tam, gdzie znalazł mogiłę jego lud. „Mało zdążył opowiedzieć, był bardzo słaby. Ale starczy tego, żeby ludzie naszych czasów mogli odnaleźć zatopione miasta Atlantydy. Gdyby tylko chcieli uwierzyć w niewiarygodne.
Ja uwierzyłem i znalazłem wszystko to, co widziałeś w podziemiach muzeum. Ale mogłem przebadać tylko niegłębokie miejsca w przybrzeżnej strefie wysp. Nie miałem ani pieniędzy, ani środków do badań głębin oceanu. A ci, co mieli pieniądze, nie wierzyli mi. Raz tylko udało mi się namówić pewnego Amerykanina do przeprowadzenia badań na dużej głębokości.
