— Nie poszło łatwo — odparł di Riveira. — Zanim zrozumieliśmy go, spróbowaliśmy z dziesięciu chyba języków. A gdy zrozumieliśmy, przydała się moja greka. Jest trochę podobna do jednego z języków Atlantydy. Aha… jeszcze jedno… Atlanci, najprawdopodobniej, posiadali wielki dar, którego brak ludziom dzisiejszym. Mam wrażenie, że znali sztukę telepatii. Jeszcze w niejednym nas wyprzedzili.

— No, a sam Atlanta — upierałem się — nie wynurzył się też chyba z dna Atlantyku?

— Czy nie powiedziałem? — zmiarkował się starzec. — Oczywiście, że nie. Nawet nie wiedział o istnieniu oceanu. On… Ale to bardzo długa historia. Jestem zmęczony — potarł ręką czoło. — W głowie mi się kręci.

Człowiek nieprzyzwyczajony. Kolacja za obfita dla mnie… I wino…

Słuchaj, wszystko jedno i tak nie mam komu przekazać mojej tajemnicy.

Może ze mną umrzeć. Was, Rosjan, zupełnie nie znam. Zresztą, przepraszam, znałem jednego i, zdaje się, niezły był chłopak. Wnioskując z tego, jak wściekle na was pluje wszelka hołota… jesteście nie tacy jak wszyscy. Jeśli się zdecyduję, może i zdradzę wam, gdzie szukać… Ale nie teraz… Bywaj…

Złapałem go za rękę.

— A co z Atlantą?

— Po co ci on teraz? I tak już wiesz więcej niż inni.

— Chciałbym zrozumieć… żeby uwierzyć…

— Opowiem ci… Ale później… Albo nie… Zresztą masz — wyciągnął z bocznej kieszeni pomięty zeszyt. — Po angielsku czytasz. Tu znajdziesz wszystko o nim. Tego nikt nie wie. Ale pamiętaj, żeś obiecał…

Wyciągnąłem rękę.

— Początek nie ma znaczenia, ostatnia strona też — wymamrotał wyrywając z zeszytu kilka kartek. — Resztę masz. Oddasz mi… przed odjazdem… Bywaj.

— Don Antonio — rzekłem ściskając jego suchą, zimną rękę. — Jeśli pan mi wierzy, mnie i nam, wierzy pan, że nikt z nas nie zakwestionuje pańskiego pierwszeństwa. Nasz szkuner ma głębinowe trały i sprzęt do pobierania próbek z dna. Mogę porozmawiać z kierownikiem ekspedycji, mogę go przekonać. Za tydzień, półtora kończymy remont i podnosimy kotwicę. Może zgodziłby się pan jechać z nami i wskazać miejsca badań.



18 из 282