
Daję panu słowo…
Uśmiechnął się z goryczą.
— Trzeba było zarzucić kotwicę u brzegów Madery choćby kilka lat wcześniej. Podróż morska już nie dla mnie. Zresztą o tym potem… Potem.
Kiwnął głową, ruszył wolniutko w stronę bulwaru i wkrótce zniknął w tłumie przechodniów.
* * *Dopiero przed świtem wróciłem na pokład. Kierownik obrugał mnie, zaniepokojony moją długą nieobecnością. Pokrótce opowiedziałem mu, gdzie byłem i kogo poznałem, potem zszedłem do kajuty i wydobyłem zeszyt starca.
Początkowo z trudnością odcyfrowywałem drobne paciorkowate pismo, wkrótce jednak wciągnąłem się i zacząłem czytać szybciej. Kiedy skończyłem ostatnią stronę rękopisu, słońce stało już wysoko nad horyzontem. Jeszcze raz przeczytałem całość i złapawszy kilka kartek papieru, zabrałem się niecierpliwie do pisania przekładu. Przytaczam go w całości.
PRZEKŁAD RĘKOPISU
don Antonia Salvatora di Riveiry
kustosza Muzeum Historycznego w Porto Alte
sporządzony przez autora
… — zaproponował Jacques. Ostrożnie przenieśliśmy nieznajomego w cień i Jacques zaczął robić mu sztuczne oddychanie.
— Dziwne — rzekł wreszcie, opuszczając bezwładne ręce nieznajomego. — Wszystko wskazuje, że wyrzuciła go na brzeg burza, która szalała przez całą ostatnią noc. Ale stawiam swoją paletę przeciw pudełku dziecięcych farbek, że niedługo przebywał w wodzie.
— Rób dalej swoje — poradziłem. — Oddycha równiej, wyraźnie słyszę wolne uderzenia serca.
— Co za atleta — zachwycał się Jacques podnosząc i opuszczając ręce nieznajomego. — Popatrz, jak zbudowany. Mieliśmy w Akademii Włocha — pozował nam do malowania rzymskich bogów. Klnę się na wszystkie moje obrazy, te co już namalowałem i te co namaluję, przy tym człowieku wyglądałby jak chuchro. Jak myślisz, ile on ma lat? Gdyby nie ta śnieżna siwizna, powiedziałbym, że niedużo, trochę starszy od ciebie czy mnie.
