
— Nie, na pewno dużo starszy — zaoponowałem. — Spójrz na jego twarz.
— Twarz śpiącego greckiego boga — rzekł Jacques — śpiący Apollo.
Widziałem ten posąg w zeszłym roku w Atenach.
— Pst… jakby się poruszył.
— Rozetrzyj mu skronie — rzucił Jacques, masując szeroką pierś nieznajomego.
Odgarnąłem ze skroni długie białe włosy i znalazłem lekką złotą obręcz ściśle opasującą głowę.
— Spójrz, Jacques!
— Dziwna ozdoba. I taki sam wzór jak na płaszczu. Znaczy, że był to jego płaszcz.
— Bez wątpienia.
— Może to aktor… w czasie widowiska zmyła go fala z pokładu?
— Zaraz się dowiemy. Wraca do siebie. Nieznajomy poruszył się, rzęsy mu drgnęły.
Rzecz dziwna, w tejże chwili pociemniało mi w oczach i wyraźnie ujrzałem niezgłębioną czerń nieba usianą niewiarygodnie jasnymi gwiazdami. Wśród gwiazd wisiało strzępiaste, oślepiająco jaskrawe fiołkowobiałe słońce. Potrząsnąłem głową i wszystko nagle utonęło w białej mlecznej mgle. Miałem wrażenie, że lecę w jakąś przepaść bez dna.
Wszystko to trwało kilka sekund. Kiedy przyszedłem do siebie i rozejrzałem się, dostrzegłem, że Jacques trze sobie czoło.
— Co ci jest? — spytałem go szeptem.
— Nie wiem. W głowie mi się zakręciło… Patrz, oprzytomniał.
Oczy nieznajomego wpatrywały się we mnie i Jacques’a.
— Niezmiernie się cieszę, że czuje się pan lepiej — rzekł szybko Jacques, uprzejmie uchylając kapelusza.
Nieznajomy szepnął kilka niezrozumiałych słów, potem spróbował unieść się na łokciu.
— Leżeć, proszę leżeć — Jacques podniósł ostrzegająco rękę. — Zaraz damy panu trochę wina. Donnerwetter, w jakim języku z nim gadać?
