
Umierający drgnął. Głos jego znów nabrał siły.
— Ludzie nowej Ziemi, gdzie jesteście? Nie widzę was. Podajcie mi ręce. O, tak. Odchodzę… Żegnajcie.
W tejże chwili zdarzyło się coś niepojętego. Coś jak elektryczne iskry przeszyło moje ciało, przed oczyma zamigotały mi szeregi dziwnych obrazków i widoków niby w oszalałym, wirującym gwałtownie kalejdoskopie. Olbrzymie słoneczne miasta, domy, pałace z białego marmuru w ażurowej koronie kolumn, łuków i ornamentów, wysokie wieże podobne do ściętych piramid.
Modre fale pluskają o białe stopnie z marmuru i kołyszą zgrabnymi korpusami dziwnych lekkich okrętów. Tłumy wysokich, muskularnych mężczyzn i pięknych złotowłosych kobiet w odświętnych purpurowych strojach schodzą w dół po szerokich schodach. W mrocznych podziemiach, obok jakichś niezwykłych maszyn, krzątają się powoli surowi, siwi ludzie o przenikliwym, władczym spojrzeniu. Długie zaostrzone cygaro sterczy w błękit nieba… Morze głów ludzkich.
Wszystkie spojrzenia kierują się gdzieś w jeden punkt.
Wybuch — oślepiający płomień — i hen w dole płynie kraj niby gigantyczna mapa obramowana niebieskim morzem. Na niej ciemne plamy miast, nitki dróg, zielone pola i śnieżne czapy szczytów górskich.
I nagle wszystko to pokrywa czerń rozgwieżdżonego nieba, drgają świecące strzałki niezliczonych instrumentów… W długim jasnym korytarzu dwa rzędy drzwi. Malutki pokoik z czarnym prostokątem okna.
Za oknem noc i nieprawdopodobnie jasne gwiazdy. Tu blisko pochyla się młoda twarz kobiety. Czułe wargi otwierają się i coś szepczą. Jakaż przepiękna zjawa!
I znów szeregi obrazów pędzą jeden po drugim w oszałamiającym wirze. Szkarłatna zorza oświeca upiorne ruiny. Wokół bezkresna, martwa pustynia. Smugi piasku zasypują wyschłe lasy. Dwa niezachodzące słońca zalewają niebieskawym światłem powierzchnię planety dziobatą od olbrzymich lejów. Smętne postaci w ciemnych płaszczach jedna za drugą kryją się w walcowaty korpus statku.
