— Czy dotarłeś wreszcie z przyjaciółmi na Assar?

Na jego wargach pojawił się pełen nieopisanej goryczy uśmiech.

— Niestety, lepiej by nam było nie dotrzeć. Tam martwe piaski zasypują ruiny martwych miast. Martwe są morza, bo zginęło w nich życie, a nawet powietrze przesycone jest zabójczym promieniowaniem. Nie wiedzieliśmy… i zapłaciliśmy za to. Naszym przodkom, którzy zamieszkiwali martwą planetę, nie starczyło w pewnej strasznej chwili rozsądku. W bezmyślnej okrutnej wojnie zniszczyli nawzajem i siebie, i wszystko, co żyło.

Kiedy zrozumieliśmy to, natychmiast opuściliśmy Assar. Niestety, los nasz był już przesądzony. Ja ginę ostatni, ale jestem bezgranicznie szczęśliwy, że przed końcem mej długiej wędrówki ujrzałem nowe pokolenie, nowych ludzi. W imię życia, nad które nie ma nic piękniejszego we wszechświecie, bądźcie rozsądni!

Głos jego brzmiał coraz ciszej, oddech urywał się.

— Co on mówi? — szeptał mi nad uchem Jacques.

— Ciszej, umiera…

— Więc nie możemy mu w niczym pomóc?

— W niczym.

Wargi nieznajomego drgnęły, ale głosu już prawie nie było słychać.

Przysunąłem się tuż do jego twarzy, próbując zrozumieć ostatnie słowa.

— Nowy człowieku, przyrzeknij mi, przysięgnij, że opowiesz ludziom o zatopionym kraju… Znajdź kamienie jego miast. Nie mogły przepaść bez śladu. Niech legenda stanie się prawdą. Przestrzeż swoje pokolenie.

— Przysięgam — rzekłem ściskając jego stygnące ręce.

— I jeszcze… W tę noc… statek międzygwiezdny… lądując… doznał awarii… Teraz… leży na dnie oceanu. Opuściłem go, kiedy tonął. Fale wyrzuciły mnie na ten brzeg. Szczęśliwy jestem… widziałem was…

Oddaj moje ciało oceanowi… Niech spocznie… tam… gdzie wszystko.

Ostatnich słów już nie dosłyszałem.

Padłem przy nim na kolana, chciałem się modlić i… zrozumiałem, że już nie ma po co. Czułem, że policzki mam mokre od łez i nie wstydziłem się tego.



26 из 282