
Młody człowiek zmiął w dłoni moją kartkę i zwrócił się do mnie nieoczekiwanie.
— Wszystko jasne. Na kiedy potrzebne jest panu rozwiązanie?
— Jak to na kiedy? — zdziwiłem się. — To panowie powinni mi powiedzieć, kiedy otrzymam wynik.
— Jutro. Odpowiada panu? — zapytał, zwróciwszy na mnie czarne oczy o głębokim spojrzeniu.
— Jutro?!
— Tak, jutro. Powiedzmy, na godzinę dwunastą.
— Boże, cóż za maszynę panowie mają?! Tak szybko pracuje?
— Więc tak, jutro o dwunastej otrzyma pan rozwiązanie. Cena — czterysta marek. Opłata gotówką.
Bez słowa podałem mu pieniądze i wizytówkę, na której widniało moje nazwisko oraz adres.
Prowadząc mnie przez podziemny labirynt do wyjścia, młody człowiek zapytał:
— Ach, więc to pan jest profesorem Rauchem?
— Tak, owszem. A dlaczego pan pyta?
— Kiedy organizowaliśmy ośrodek obliczeniowy, przypuszczaliśmy, że wcześniej czy później zjawi się pan u nas.
— Dlaczego panowie tak sądzili? — zapytałem.
— A od kogóż jeszcze można spodziewać się zleceń w tej dziurze?
Odpowiedź wydała mi się całkiem przekonująca.
Nie zdążyłem się nawet pożegnać z młodym człowiekiem, gdy drzwi się za mną zatrzasnęły.
W drodze powrotnej przez cały czas myślałem o tym dziwnym ośrodku obliczeniowym, który znajdował się pod wspólnym dachem z „przybytkiem mędrców”. Gdzie i kiedy spotkałem się z nazwiskiem Kraftstudta?
Nazajutrz z niecierpliwością oczekiwałem porannej poczty.
Gdy o godzinie pół do dwunastej rozległ się przy drzwiach dzwonek, zerwałem się z miejsca i ruszyłem, by otworzyć listonoszowi. Ku swemu zdumieniu ujrzałem przed sobą chudziutką, bladą dziewczynkę, trzymającą w rękach wielką niebieską kopertę.
— Czy pan profesor Rauch? — zapytała.
