
— Słucham pana? — zwrócił się do mnie.
— Czy tu się mieści Towarzystwo Matematyczne Kraftstudta? — zapytałem.
— Tak.
— Panowie dawali ogłoszenie w gazecie…
— Tak.
— Przyniosłem zamówienie.
— Proszę, niech pan pozwoli.
Zwróciłem się do kierowcy, powiedziałem, żeby zaczekał, i pochylając się wszedłem do środka. Gdy zamknęły się za mną drzwi, znalazłem się w zupełnych ciemnościach.
— Proszę, niech pan pozwoli za mną. Ostrożnie, tu schodki. Teraz na lewo. Znów schodki. Teraz pójdziemy w górę…
Mówiąc to, mój przewodnik prowadził mnie za rękę przez ciemne, kręte korytarze, schodami to w dół, to w górę…
Wreszcie nad głową zajaśniało przyćmione żółtawe światło; wspiąwszy się po stromych kamiennych schodach Znalazłem się w niewielkim hallu z oszkloną przegrodą. Młody człowiek szybko wszedł za przepierzenie, otworzył szerokie okienko i zwrócił się do mnie:
— Słucham pana.
Miałem uczucie, jakbym trafił nie tu, gdzie trzeba. Ten półmrok, ten podziemny labirynt i wreszcie ten głuchy pokój, bez okien, z jedną jedyną słabiutką żarówką pod sufitem — to wszystko w żaden sposób nie kojarzyło mi się z nowoczesnym ośrodkiem obliczeniowym.
Stałem, oglądając się z niedowierzaniem wokół.
— Słucham pana — powtórzył młody człowiek, wychylając się przez okienko.
— Ach, tak! A więc to tu mieści się ośrodek obliczeniowy Towarzystwa Kraftstudta?
— Tak, tak — przerwał mi z nutą zniecierpliwienia w głosie. — Mówiłem już panu, że tutaj. O co chodzi w pańskim zamówieniu?
Wyciągnąłem z kieszeni kartkę z zapisem równań i podałem mu przez okienko.
— To jest przybliżenie liniowe tych oto równań, podane w pochodnych cząstkowych — zacząłem wyjaśniać niepewnym głosem. — Chciałbym, żeby panowie rozwiązali mi je cyfrowo, przynajmniej na granicy dwóch ośrodków… Rozumie pan, to jest równanie dyspersji i tutaj szybkość rozchodzenia się fal radiowych jest zmienna w każdym punkcie.
