Takie oto pytania prześladowały mnie przez cały dzień.

Mimo wszystko fakt pozostawał faktem. Zadanie rozwiązała nie maszyna, lecz człowiek — jakiś niebywały geniusz matematyki, o którym świat nic nie wie.

Następnego dnia, ochłonąwszy nieco z wrażenia, jeszcze raz przestudiowałem rozwiązanie, tym razem rozkoszując się nim, jak potrafią się rozkoszować ludzie słuchający dobrej muzyki. Było ono tak niezrównane, tak ścisłe, tak przejrzyste, że postanowiłem… powtórzyć eksperyment i zlecić Towarzystwu Kraftstudta rozwiązanie jeszcze jednego zadania.

Na szczęście nie zbywało mi na nich; wybrałem równanie, którego rozwiązanie uważałem zawsze za absolutnie beznadziejne, i to nie tylko w postaci skończonej; uważałem za niemożliwe nawet sprowadzenie go do postaci potrzebnej, by podać je do rozwiązania maszynie matematycznej.

Równanie to także dotyczyło teorii rozchodzenia się fal radiowych, ale tym razem zagadnienie było specyficzne i wyjątkowo skomplikowane, ze źródłami ruchomymi w ośrodku, którego właściwości podlegają zmianom w czasie i w przestrzeni. Było to jedno z owych równań, które teoretycy fizyki wypisują po to jedynie, by się nimi podelektować, a potem puścić w niepamięć, bo i tak są zbyt skomplikowane, by mogły się przydać komuś w praktyce…

Gdy rozwarły się drzwi w ścianie z czerwonej cegły, przywitał mnie znów ten sam młody człowiek. Ujrzawszy mnie uśmiechnął się tajemniczo.

— Mam jeszcze jedno zadanie… — zacząłem.

Kiwnął głową i tak jak za pierwszym razem poprowadził mnie przez ciemne korytarze do swej mrocznej poczekalni bez okien.

Znałem już procedurę, podszedłem do okienka i podałem mu kartkę z równaniem.

— To u panów nie maszyny liczą?

— Jak pan widzi — odrzekł, nie odrywając oczu od kartki.

— Człowiek, który rozwiązał moje pierwsze zadanie to wielki talent matematyczny — rzekłem.



37 из 282