
Młody człowiek nie odpowiedział nic, zagłębiony w czytaniu rękopisu.
— Jednego mają go panowie czy też kilku? — zapytałem.
— A czy to ma coś wspólnego z tym, czego pan potrzebuje? Firma daje gwarancję…
Nie zdążył dokończyć zdania. Głęboką ciszę podziemi rozdarło przeraźliwe, nieludzkie wycie. Przebiegł mnie dreszcz i zacząłem nasłuchiwać. Krzyk dochodził skądś zza ściany. Ktoś krzyczał, a właściwie wydzierał się na całe gardło, jakby go tam poddawano nieludzkim torturom. Młody człowiek zmiął kartkę z moim zadaniem, umknął spojrzeniem w bok, potem spojrzał na mnie i wybiegając zza przegródki złapał mnie za rękę i pociągnął ku wyjściu.
— Co to było? — zapytałem go, ledwie łapiąc oddech, już przy samych drzwiach na ulicę.
Zamiast odpowiedzi wypalił:
— Rozwiązanie otrzyma pan pojutrze o dwunastej. Pieniądze proszę przekazać gońcowi.
Po tych słowach zniknął — zostałem sam przed taksówką.
Czyż muszę mówić, że po tym wypadku straciłem do reszty spokój? Po pierwsze, nie mogłem ani przez chwilę zapomnieć przerażającego krzyku, który, zdawało się, wstrząsnął grubymi murami ośrodka obliczeniowego Towarzystwa Kraftstudta. Po wtóre, wciąż jeszcze znajdowałem się pod wrażeniem tego, że to jeden człowiek w ciągu jednej doby rozwiązał tak trudne zadanie matematyczne. A po trzecie, jak w gorączce oczekiwałem na rozwiązanie mojego drugiego zadania. Jeśli i ono zostanie rozwiązane, to wówczas…
W dwa dni później rękami drżącymi z podniecenia odbierałem kopertę, przyniesioną przez gońca Towarzystwa Kraftstudta. Z jej objętości mogłem wnosić, że znajduje się tam jednak rozwiązanie tego niezwykle skomplikowanego zadania matematycznego. Z pewnym niepokojem spoglądałem na chudziutką istotkę stojącą przede mną. Nagle olśniła mnie myśl.
— Proszę wejść, już przynoszę pieniądze.
