
— Nie, nie trzeba — dziewczynka poruszyła się jakby strwożona — zaczekam tutaj…
— Ależ, proszę wejść, po co ma pani marznąć — rzekłem i prawie siłą wciągnąłem ją do pokoju. — Muszę przejrzeć pracę i zobaczyć, czy warta jest, by za nią płacić.
Dziewczynka przywarła plecami do drzwi i spoglądała na mnie otwartymi szeroko oczami…
— To zabronione… — wyszeptała.
— Co zabronione?
— Wchodzić do domu klientów… Dostałam taką instrukcję, proszę pana.
— Niech pani machnie ręką na tę instrukcję. Ja tu jestem gospodarzem i nikt się nie dowie, że wstępowała pani do mnie.
— O, proszę pana… Oni o wszystkim się dowiedzą, a wtedy…
— Co wtedy? — zapytałem, podchodząc do niej.
— O, to straszne…
Nagle pochyliła głowę i rozpłakała się. Położyłem rękę na jej ramieniu, w tym momencie wzdrygnęła się gwałtownie i wyskoczyła za drzwi.
— Proszę natychmiast o siedemset marek, muszę już iść — wyrzekła głosem drżącym, ale pełnym stanowczości.
Podałem jej pieniądze, wyrwała mi je z rąk i umknęła.
Gdy otworzyłem kopertę, omal nie krzyknąłem ze zdumienia. Przez dłuższą chwilę patrzyłem na stosik fotokopii nie wierząc własnym oczom.
Najbardziej zdumiało mnie to, że wyliczenia były pisane innym charakterem pisma.
Drugi genialny matematyk! Ten wszakże był jeszcze bardziej genialny niż pierwszy, gdyż na pięćdziesięciu trzech arkuszach papieru rozwiązał równania po stokroć trudniejsze niż poprzednie. Przebiegając wzrokiem kartki, wypełnione energicznym, zamaszystym pismem, wpatrując się w całki, sumy, wariacje i inne wzory z najtrudniejszych dziedzin nauk matematycznych, pomyślałem sobie w pewnym momencie, że znalazłem się oto w jakimś nie znanym mi dziwnym świecie matematyki, w którym wszelkie trudności utraciły znaczenie. Jakby po prostu nigdy nie istniały.
Wydawać się mogło, że matematyk, który rozwiązał moje drugie zadanie, nie miał żadnych wątpliwości, tak samo jak my, gdy dodajemy lub odejmujemy w słupku dwucyfrowe liczby.
