
Odniosłem wrażenie, jak gdyby młody człowiek o zamkniętej, prawie starczej twarzy, oczekiwał mnie. Od razu wziął mnie za rękę i nie pytając o nic poprowadził przez ciemne podziemia do tej samej poczekalni, w której byłem już dwukrotnie.
— A więc, z czym pan znów przychodzi? — zapytał impertynencko.
— Chciałbym widzieć się osobiście z panem Kraftstudtem — bąknąłem.
— Czy ma pan jakieś pretensje do firmy, panie profesorze? — spytał.
— Chciałbym widzieć się z panem Kraftstudtem — powtórzyłem, starając się nie patrzeć w jego wielkie czarne oczy, które miały w tej chwili zły i urągliwy wyraz.
— To pańska sprawa. Mnie to mało obchodzi — rzekł, gdy wytrzymałem trwające dłuższą chwilę spojrzenie jego badawczych oczu.
— Proszę poczekać tutaj.
Po czym znikł w jakichś drzwiach za oszkloną przegrodą i nie było go przeszło pół godziny.
Zdrzemnąłem się już prawie, gdy posłyszałem szmer w końcu sali i w półmroku ukazała się postać człowieka w białym fartuchu ze stetoskopem w rękach. „Doktor — pomyślałem sobie. — Zaraz zacznie mnie badać i osłuchiwać. Czyż muszę przejść przez to, zanim zobaczę się z panem Kraftstudtem?”
— Pan pozwoli — rzekł doktor uprzejmie. Ruszyłem za nim, nie mając zielonego pojęcia o tym, co za chwilę stanie się ze mną i jakie konsekwencje mogą wyniknąć z tego mojego pomysłu.
Minąwszy drzwi w oszklonej przegrodzie, pośpieszyłem za człowiekiem w białym fartuchu. Szliśmy długim korytarzem, do którego skądś z góry przenikało światło dnia. Korytarz kończył się wielkimi, masywnymi drzwiami. Doktor zatrzymał się.
— Proszę tu zaczekać. Zaraz zostanie pan przyjęty przez Kraftstudta.
Doktor zjawił się znowu po pięciu minutach. Szeroko otworzył drzwi i przez chwilę widziałem ciemny zarys jego sylwetki w promieniach wpadającego tu światła dziennego.
