
— No cóż, chodźmy — rzekł głosem człowieka, który żałuje tego, co ma za chwilę nastąpić.
Posłusznie ruszyłem za nim. Gdy weszliśmy do przestronnego jasnego pokoju o wielkich oknach, mimo woli przymknąłem oczy. Z odrętwienia wyrwał mnie ostry głos:
— Proszę bliżej, profesorze Rauch.
Odwróciłem się w prawo i zobaczyłem Kraftstudta, tego samego Kraftstudta, którego znałem z licznych zdjęć w gazetach.
— Zdaje się, że pragnął pan widzieć się ze mną — zapytał bez przywitania, nie wstając zza biurka. — Czym mogę służyć?
Szybko wziąłem się w garść i przełknąwszy ślinę podszedłem aż do samego biurka, przy którym siedział.
— Ach, więc zmienił pan rodzaj zajęć? — spytałem, patrząc mu prosto w twarz. W porównaniu z tym, jakim był piętnaście lat temu, postarzał się wyraźnie, na twarzy, na ostro zarysowanych kościach policzkowych pojawiły się grube, zwiędłe fałdy.
— Co pan ma na myśli, profesorze? — rzucił pytanie, patrząc na mnie i bacznie mnie obserwując.
— Ja, panie Kraftstudt, sądziłem, a ściślej mówiąc, miałem nadzieję, że pan wciąż jeszcze…
— Ach, o to chodzi!
I Kraftstudt roześmiał się na cały głos.
— Inne czasy, Rauch. Inne… Co pana sprowadza do mnie, profesorze?
— Panie Kraftstudt, jak może się pan domyślać, znam się coś niecoś na matematyce. Mam na myśli oczywiście matematykę współczesną.
Sądziłem więc z początku, że zorganizował pan normalny ośrodek obliczeniowy, wyposażony w elektronowe maszyny. Jednakże już dwukrotnie przekonałem się, że tak nie jest. W pańskim ośrodku zadania matematyczne rozwiązują ludzie. Rozwiązują je wprost genialnie. A co najdziwniejsze — zdumiewająco szybko, nadludzko szybko. Ja, jeśli pan pozwoli, ośmieliłem się przyjść do pana, żeby zapoznać się z pańskimi matematykami, którzy naturalnie są ludźmi nieprzeciętnymi.
