Wyszliśmy za żołnierzami ze świątyni. Wróżbita stał za bramą, gdzie teraz uwiązanych było pięć koni.

– A więc, Gordianusie z Rzymu, jaki przywiódł cię tu interes?

– Mój główny interes to w tej chwili opuścić tę dolinę.

– No, z tym nie będzie kłopotu! – Żołnierz się roześmiał. – Razem z Markiem będziemy was eskortować do wyjścia, a nawet dalej: aż do namiotu mojego dowódcy. Skoro jesteś po imieniu z „Gajuszem Juliuszem”, to może będzie ci łatwiej tłumaczyć się przed oficerem. – Rzucił mi spojrzenie spod oka. – Kimkolwiek jesteś, nie będę zaprzeczał, że cieszę się z waszego przybycia. Nudno tutaj, z dala od akcji. Na pewno nie jesteście dwoma rabusiami? Albo szpiegami? Żartuję, żartuję!

Odwiązaliśmy konie, sprawdziliśmy siodła i popręgi. Wróżbita porozmawiał chwilę z żołnierzami, po czym kolega Marka zawołał do mnie przez ramię:

– Rabidus mówi, że chciałby pojechać kawałek z nami. Nie macie chyba nic przeciwko temu?

Popatrzyłem na zakapturzoną postać i wzruszyłem ramionami. Żołnierze poprowadzili nas ku wąskiej szczelinie w skalnej ścianie, która była widoczna tylko z bliska i na wprost. Byłem pewien, że ani ja, ani Dawus nigdy byśmy jej sami nie znaleźli, nawet w biały dzień. Kamienista ścieżka wiodła między pionowymi skałami odległymi od siebie zaledwie na wyciągnięcie ramion. Panował tu niemal tak gęsty mrok jak wewnątrz świątyni. Mój koń zaczął wierzgać, protestując przeciw zmuszaniu go do poruszania się po nierównym terenie w takiej ciemności. W końcu pojawiła się przed nami pionowa kreska bladego światła, a jednocześnie ścieżka zaczęła raptownie opadać. Wynurzyliśmy się ze szczeliny na otwartą przestrzeń, pozostawiając za plecami wyniosłe urwisko wapiennej skały. Przed nami majaczył jednak gęsty las, równie ponury i mroczny jak dolina, z której wyjechaliśmy.



10 из 239