
Mężczyzna zmarszczył się jeszcze bardziej, a po chwili szeroko otworzył oczy.
– Oczywiście! Przyjechałeś z Markiem Antoniuszem, tuż przed całym rabanem. Gordianus, prawda? Tak, przypominam sobie. Ty jesteś ojcem tego Metona.
– Tak.
Zapadło milczenie. Obaj patrzyliśmy bez słów na skąpane w poświacie księżyca morze.
– Co wiesz o moim synu? – spytałem w końcu.
– Nigdy nie miałem okazji go poznać. – Witruwiusz wzruszył ramionami. – Jako budowniczy zawsze miałem do czynienia z innymi oficerami Cezara. Znam go z widzenia, ma się rozumieć. Widywałem go, jak jeździł z imperatorem i notował teksty Cezara. To, zdaje się, jego główna funkcja, pomoc przy pisaniu listów i pamiętników.
– Co jeszcze o nim wiesz? Musiały być jakieś plotki…
– Nigdy nie słucham obozowych plotek. – Witruwiusz parsknął pogardliwie. – Jestem fachowcem, wierzę w to, co mogę zobaczyć i zmierzyć. Nie buduje się mostów, opierając się na zasłyszanych informacjach z drugiej ręki.
Skinąłem głową w zamyśleniu.
– Twój syn jest zatem w obozie? Przyjechałeś go odwiedzić aż z Rzymu? No, ale wtedy w tym samym celu przejechałeś przez całą Italię do Brundyzjum. Bogowie musieli cię wyposażyć w twardszy tyłek ode mnie!
Zachowałem wystudiowaną neutralną minę. A więc Witruwiusz o niczym nie wie. Historia zdrady Metona nie wyszła poza krąg ludzi najbliższych Cezara. Odetchnąłem głęboko.
– Treboniusz mi mówił, że nie da się przedostać do Massilii – rzuciłem, niby przypadkowo wplatając imię dowódcy.
Inżynier uniósł brwi.
– To dobrze ufortyfikowane miasto. Mur okala je jednym nieprzerwanym ciągiem, także wzdłuż morskiego brzegu i piaszczystej plaży przy porcie.
