
Pomiędzy wzgórzem, na którym stałem, a najbliższym fragmentem muru miejskiego rozciągała się pogrążona w ciemności dolina. Mur wydawał się niepokojąco bliski; wyraźnie widziałem na nim dwóch massylskich wartowników patrolujących blanki. W ich hełmach migotały odbicia pomarańczowych płomieni pochodni. Za nimi wznosiło się ciemne wzgórze, grzebieniasta głowa mojego morskiego potwora. Gdzieś w mrocznej czeluści zamkniętej tymi murami zginął mój syn, jakby połknął go ów leżący zwierz. A może jeszcze żyje, wypełniając swe przeznaczenie równie ciemne jak ta noc?
Usłyszałem czyjeś kroki. Ktoś stanął niedaleko mnie. Wartownik, pomyślałem, przyszedł, by mnie posłać z powrotem do namiotu. Kiedy jednak odwróciłem głowę, zobaczyłem niskiego człowieka w nocnej tunice; na tle rozjaśnionego księżycem nieba wyraźnie rysowała się jego zgrabnie przycięta bródka. Stał na najwyższym punkcie szczytu z założonymi rękami, wpatrując się w roztaczający się w dole widok.
– Też nie mogłeś zasnąć? – spytał, nie patrząc nawet w moją stronę.
– Nie.
– Ja też. Zbyt jestem podniecony myślą o jutrze.
– A co ma być jutro?
Odwrócił do mnie głowę, przyglądał mi się przez chwilę, po czym zmarszczył czoło.
– Czy ja cię znam?
– Jestem gościem z Rzymu. Przyjechałem dziś wieczorem.
– Aha. Myślałem, że jesteś którymś z oficerów Treboniusza.
Teraz ja mu się przyjrzałem uważnie i uśmiechnąłem się.
– Ale ja znam ciebie – oznajmiłem.
– Tak? W tej ciemności nie mogę poznać…
– Spotkaliśmy się w Brundyzjum przed paroma miesiącami, w podobnych okolicznościach. Cezar oblegał zamkniętego w mieście Pompejusza, który desperacko chciał odpłynąć z Italii. Budowaliście nadzwyczajne groble u wejścia do portu, starając się go zamknąć i uwięzić okręty nieprzyjaciela. Pokazywałeś mi poszczególne konstrukcje i wyjaśniałeś całą strategię, Witruwiuszu.
