
– Pochyl głowę i zgarb się trochę!
Treboniusz zaczął przemowę, podnosząc głos tylko na tyle, aby słyszano go w całym zagłębieniu.
– Żołnierze! Auspicje są sprzyjające. Augurowie orzekli, że dziś jest dobry dzień na bitwę… Więcej niż dobry! To dzień pomyślności dla Cezara i jego armii. Dzisiaj, jeśli bogowie pozwolą, otworzą się przed nami bramy Massilii, a to dzięki waszemu wysiłkowi. Sprawicie Cezarowi wielką radość, a on was odpowiednio wynagrodzi. Powtórzę wam jednak to, co mówiłem od samego początku oblężenia: kiedy Massilia padnie, tylko sam Cezar zadecyduje o jej losie. Nie będzie żadnego plądrowania, gwałtów ani podpalania! Wiem, że wszyscy to dobrze rozumiecie. Pamiętajcie o tym, czego się nauczyliście na ćwiczeniach. Wykonujcie rozkazy swego dowódcy. Operacja się rozpoczyna. Bez wiwatów! Cisza! Oszczędźcie głosy na później, kiedy będziecie mogli wydać okrzyk zwycięstwa z murów Massilii.
Treboniusz zasalutował nam, na co odpowiedzieliśmy jak jeden mąż takim samym salutem.
– Za mną! – zawołał jakiś oficer.
Wszyscy wokół nas ruszyli, ale nie mogłem się zorientować dokąd. Dawus trzymał się mnie, starając się iść w pochyleniu, by nie zwracać na siebie uwagi swoim wzrostem. Podążaliśmy za innymi jak ziarenka piasku w klepsydrze. W zagłębieniu szybko się rozluźniło; ludzie znikali, jak gdyby ziemia ich połykała. Nie było jakiegoś ustalonego porządku – każdy po prostu wsuwał się do kolejki tak szybko i sprawnie, jak mógł. Powoli przesuwałem się do przodu, aż wreszcie przede mną wyrosło wejście do tunelu. Solidne belki obramowywały czarną czeluść ginącą we wnętrzu góry. Zamarłem na mgnienie oka. Jakież szaleństwo przywiodło mnie do tego miejsca i tej chwili? Odwrotu jednak nie było. Treboniusz nas obserwował, Dawus popychał mnie z tyłu.
– Bierz! – powiedział ten sam głos, który wydał rozkaz, by ruszać.
