
Zeszliśmy ze wzgórza, trzymając się na lewo od miasta i transzei. Poniżej, na wprost nas ujrzałem zakrzywioną fałdę w zboczu, zacienioną wysokimi dębami, tak jak ją opisał Witruwiusz. W niewielkim zagłębieniu tłoczyli się już ludzie w hełmach i lekkich zbrojach, widoczni wśród listowia. Na miejsce zaprowadziła nas dobrze wydeptana ścieżka. Żołnierze posunęli się, potrącając się wzajemnie, by zrobić nam miejsce. Rzut oka na ich rynsztunek przekonał mnie, że niewiele się pomyliłem, dobierając nasze uzbrojenie. Nie rzucaliśmy się w oczy, przynajmniej pod tym względem. Mężczyźni rozmawiali półgłosem, a tuż za sobą usłyszałem, jak ktoś pyta:
– Ile on ma lat? Nieczęsto widzi się siwe brody w oddziałach specjalnych.
Inny głos go uciszył:
– Zamkniesz ty się? Musisz drażnić fatum akurat dzisiaj? A może nie zależy ci na doczekaniu własnej siwizny?
– Nie chciałem go w ten sposób obrazić – tłumaczył pierwszy.
– To siedź cicho. Skoro facet może przeżyć tyle lat, walcząc w armii Cezara, to znaczy, że ma bogów po swojej stronie.
Pierwszy z żołnierzy burknął w odpowiedzi:
– A ten duży obok niego? Nie pamiętam, abym go widział na ćwiczeniach. Myślałem, że do tego zadania specjalnie wybierano niskich kolesiów, jak my. Ten wielki byk może zaczopować tunel jak korek butelkę!
– Cisza tam! Sam wódz nadchodzi! Zaczyna się!
Na zboczu ukazał się Treboniusz w otoczeniu kilku oficerów. Kroczył w pełnej gali, w grzebieniastym hełmie i rzeźbionym napierśniku, połyskującym odbitymi promieniami słońca, którym udało się przesączyć przez liście. Pociągnąłem Dawusa za rękaw tuniki.
