– A mi się tu nawet podoba. – Dawus wzruszył ramionami.

Ścisnąłem konia nogami i ruszyliśmy. Magia godziny sprawiła, że otaczający nas mrok nie gęstniał, lecz jakby zastygł, ani jaśniejszy, ani ciemniejszy z upływem minut. Wjechaliśmy na pogranicze dnia i nocy, gdzie zjawy szepczą i przemykają między drzewami. Beztroskie pogwizdywanie Dawusa za moimi plecami w tej scenerii chyba najbardziej mnie wyprowadzało z równowagi. Byliśmy jak dwaj śpiący, którym śnią się zupełnie inne sny.

– Teściu, popatrz przed siebie! To chyba jakaś świątynia.

Dawus miał rację. Nagle wyjechaliśmy spomiędzy stłoczonych głazów na szeroko otwartą półkolistą przestrzeń, niczym wielki kamienny amfiteatr. Strumień skręcił gdzieś w prawo, a z zakończonej nawisem ściany sączył się niewielki wodospad. Zresztą na całej płaszczyźnie skały, porośniętej mchem i paprociami, widać było liczne mikroskopijne źródełka. Teren był tu płaski; kiedyś, dawno temu, ziemię wyrównano i zasadzono winorośl. Przekrzywione tyczki tworzyły równe rzędy w sporych odstępach, ale nie pielęgnowana winorośl rozrosła się w dziki gąszcz. Winnica otoczona była dziwnie wyglądającym płotem. Kiedy podjechaliśmy bliżej, przekonałem się, że jest on zrobiony z ludzkich kości zbitych ze sobą gwoździami i wkopanych w ziemię. Niektóre ściemniały i skruszały, inne bielały upiornie, nie naruszone przez czas. Bramę wyznaczały dwa kamienne obeliski, zdobne w płaskorzeźby przedstawiające sceny bitewne. Zwycięscy żołnierze nosili zbroje i grzebieniaste hełmy greckich żeglarzy, pokonani Galowie mieli na sobie skórzane spodnie i hełmy ze skrzydełkami. Dróżka prowadząca w głąb winnicy wyłożona była kamiennymi płytami, popękanymi teraz i przerośniętymi chwastami, i kończyła się u stóp niewielkiej okrągłej świątyni nakrytej kopułą.

Niesamowitość otoczenia podziałała na mnie niemal paraliżująco. Wszechobecny półmrok zdawał się tu rozrzedzać, a świątynka jaśniała czerwonawym odblaskiem, jak gdyby blady marmur się nagle zarumienił.



4 из 239