
Nagle aż się wzdrygnąłem. Musiałem też ściągnąć wodze i wydać jakiś okrzyk, ponieważ mój koń stanął jak wryty, a Dawus błyskawicznie dobył miecza.
– Co się stało, teściu?
– Nic… – Zamrugałem, z lekka oszołomiony.
– Ale przecież…
– Nic się nie stało. Tylko… – Patrzyłem w mrok zalegający między głazami i nisko zwisającymi gałęziami. Tam, wśród ulotnych zjaw i cieni, chyba ujrzałem prawdziwą ludzką twarz i wpatrzone we mnie oczy. Oczy, które rozpoznałem…
– Co tam widziałeś, teściu?
– Wydawało mi się, że widzę człowieka.
Dawus wytężył wzrok, usiłując przebić ciemność.
– Bandytę? – spytał.
– Nie. Kogoś, kogo kiedyś znałem. Ale to byłoby… niemożliwe.
– Kto to był?
– Nazywał się Katylina.
– Ten buntownik? Ale przecież go zabito tak dawno temu! Byłem wtedy jeszcze chłopcem.
– Nie tak znowu dawno, raptem trzynaście lat. – Westchnąłem. – Ale masz rację. Katylina zginął w bitwie. Sam widziałem jego głowę… zatkniętą na tyce przed namiotem wodza, który go pokonał.
– No, to nie mogłeś go widzieć tu dzisiaj, prawda? – W głosie Dawusa zabrzmiała nutka niepewności.
– Oczywiście, że nie. Wieczorne światło, cienie liści na kamieniach, wyobraźnia starego człowieka… – Odchrząknąłem. – Wiele o nim myślałem przez ostatnie dni, kiedy zaczęliśmy się zbliżać do celu. Widzisz, kiedy Katylina zdecydował się uciec przed swymi wrogami z Rzymu, właśnie tu miał się udać… to znaczy, do Massilii. To jest koniec świata… w każdym razie dla rzymskich uchodźców… bezpieczna przystań dla wszelkiej maści zgorzkniałych przegranych i intrygantów… nieudaczników, których nadzieje obróciły się w Rzymie wniwecz. W Massilii są witani z otwartymi rękami, jeśli mają dość złota, by się wkupić. Ale to nie dla Katyliny. W końcu postanowił nie uciekać. Stawił czoło przeciwnikom i stracił życie. – Zadrżałem znowu. – Przeklęte miejsce! Same skały i skarlałe drzewka!
