
Po następnym zagarnięciu zamiast poczuć jak zwykle ścianę pod palcami, trafiłem w próżnię. Tunelu już nie było. Otworzyłem oczy. W górze przed sobą ujrzałem słabe, wodniste światło. Na jego tle zamajaczyła mi zniekształcona sylwetka Dawusa. Zobaczyłem, że się zatrzymuje i odwraca, jak skrzydłostopy Merkury zawieszony w powietrzu. Wyciągnął do mnie rękę. Podałem mu swoją, a on ją złapał mocnym chwytem.
Siły opuściły mnie doszczętnie i Dawus jakoś to wyczuł. Pociągnął mnie za sobą ku rosnącemu kręgowi światła. Przez chwilę widziałem świat nad wodą oczami ryby przyglądającej mu się ze stawu. Widziani poprzez wodę ludzie stojący na brzegu i wpatrzeni w dół mieli wydłużone, falujące kształty. Ich jasne szaty migotały jak wielobarwne płomyki.
W chwilę później wypłynąłem na powierzchnię. Jaskrawe światło zakłuło mnie w oczy. Wessałem chciwie powietrze w bezgłośnej odwrotności krzyku. Przede mną Dawus padł górną połową ciała na brzeg, chwytając powietrze rozpaczliwymi haustami. Ominąłem go i wypełzłem z wody, nie chcąc ani chwili dłużej mieć z nią kontaktu. Przewróciłem się na plecy i zamknąłem oczy, czując na twarzy ciepły dotyk słońca.
