
Dawus jakby mnie nie słyszał. Zacisnął szczęki i zmrużył oczy.
– Jesteś gotów, teściu?
Usiłowałem zrobić głęboki wdech, ale pierś miałem jak zakutą w żelazną obręcz. Z trudem przełknąłem ślinę.
– Gotów – potwierdziłem.
Dawus wręczył mi knot. Nasze oczy spotkały się na jedno mgnienie, potem on się odwrócił i zniknął pod wodą. Wciągnąłem powietrze i odrzuciłem knot. Rozległ się krótki syk i zapadła ciemność tak czarna, jakiej jeszcze nie widziałem. Zamknąłem oczy i zanurzyłem się. Zagarniałem wodę rękami, odpychałem się nogami, walcząc z ogarniającym mnie wrażeniem, że wpływam w nieskończoną czarną przestrzeń. Po chwili pod palcami wyczułem ścianę tunelu. Popłynąłem na oślep wzdłuż niej.
Coś zimnego otarło mi się o twarz, a potem prześliznęło wężowym ruchem po piersi i brzuchu. Chwyciłem to ręką i chciałem odepchnąć, ale nagle znalazłem się w dziwnym uścisku czegoś i twardego, i miękkiego. Najpierw zdziwiło mnie to, a w następnej sekundzie przeraziło; było to ciało któregoś z żołnierzy. Szarpnąłem się w tył, ale zaplątałem się w jego bezwładnych kończynach. Zacząłem wierzgać i wymachiwać rękami jak w napadzie histerii, póki trup nie wypuścił mnie z objęć, a potem rzuciłem się przed siebie szaleńczym zrywem. Dalej droga była wolna. Słyszałem łomot własnego serca, zdawało mi się, że zaraz pękną mi płuca, ale płynąłem prawie bez wysiłku. Po jakimś czasie uspokoiłem się trochę, a moje ruchy stały się bardziej miarowe: wymach nóg, zagarnięcie ramionami, cykl za cyklem. Zacząłem myśleć, że jednak mi się uda.
Uderzyłem głową w coś twardego. Hełm uchronił mnie przed urazem, ale siła uderzenia lekko mnie zamroczyła. Ręką wymacałem przed sobą poszarpany kikut złamanej belki stropowej, ostry jak dzida. Co będzie, jeśli reszta drogi najeżona jest takimi przeszkodami? Wyobraziłem sobie Dawusa, o tyle większego ode mnie i dlatego jeszcze bardziej narażonego, jak miota się bezsilnie, nadziany na taki wystający ostry pal, krwawi, blokuje tunel i uniemożliwia mi przeciśnięcie się naprzód.
