
– Kłóćcie się na zdrowie – powiedziałem, szukając w pamięci greckich zwrotów. – Byle tylko nie przyszło wam do głowy wrzucić mnie tam z powrotem!
Moja greka zapewne nieco zardzewiała, a mój akcent musiał brzmieć nieokrzesanie, ale to chyba nie usprawiedliwiało ataku, jaki nastąpił po moich słowach. Najbardziej bojowo usposobiony starzec, ten, który upierał się przy zabiciu nas na miejscu, zaczął mnie okładać laską. Był chudy i kościsty, ale miał zadziwiająco wiele siły. Zasłoniłem głowę rękami, a on zaczął celowo mierzyć w moje łokcie.
– Stójcie! Przestań natychmiast! – krzyknął jakiś mężczyzna, którego do tej pory nie słyszałem. – Niewolnicy, powstrzymać tego okropnego starucha!
Napastnik cofnął się, wymachując laską, by odpędzić dwóch półnagich olbrzymów, którzy nagle wyrośli nade mną. Starzec był wyraźnie rozeźlony.
– Bądź przeklęty, Ofiarowany! Jeśli twoi niewolnicy tkną mnie choćby palcem, doniosę na ciebie do Rady!
– Och, tak? Zapominasz, starcze, że jestem nietykalny! – Głos przybyłego był wysoki, ostry i nieprzyjemny.
– Na razie! Ale co będzie później? Co, Ofiarowany? Kiedy przyjdzie czas skończyć z tobą, przysięgam, że osobiście kopnę cię w tyłek i strącę ze Skały Ofiarnej!
Wśród starców rozległy się stłumione okrzyki przestrachu.
– Kalamitosie, posunąłeś się za daleko! – oburzył się jego adwersarz. – Bogini…
– Artemida opuściła Massilię, jeżeli tego dotąd nie zauważyłeś. I dobrze zrobiła, skoro to nieszczęsne miasto stało się takie bezbożne! Cezar ścisnął nas w swej pięści, a jakie rozwiązanie widzi Rada? Wyznaczyła ofiarę, która ma wziąć na siebie grzechy Massilii! I teraz my, głodujący obywatele, możemy sobie uschnąć, podczas gdy ten strach na wróble tyje z każdym dniem! – Starzec nazwany Kalamitosem cisnął swą laskę na ziemię z taką siłą, że pękła na pół, po czym oddalił się, kipiąc z gniewu.
