
Rozsiedliśmy się na nasłonecznionym tarasie i niewolnik przyniósł wino. Pochwaliłem gatunek, bez wątpienia dobry falern. Hieronimus nalegał, bym pił więcej, a ja wbrew zdrowemu rozsądkowi przystałem na to. Po drugim kubku Dawus zasnął na siedząco.
– Biedaczysko musiał być wyczerpany – zauważył gospodarz.
– Omal dzisiaj nie zginęliśmy.
– Dobrze, że się tak nie stało, bo inaczej musiałbym pić sam.
Spojrzałem na niego bystro… w każdym razie na tyle, na ile potrafiłem po trzech kubkach nie rozcieńczonego falerna. Jak dotąd nie zadał ani jednego pytania o nas, nie zainteresował się, kim jesteśmy, jak się dostaliśmy do miasta i po co tu przybywamy. Jego brak ciekawości był dla mnie zagadką. Być może, pomyślałem, gość jest po prostu cierpliwy i zwleka, pozwalając mi dojść do siebie.
– Dlaczego przyszedłeś nam z pomocą? – spytałem.
– Głównie dlatego, by zrobić na złość tym staruchom, którzy wysiadują na rynku. Tym, którzy cię kopali i dyskutowali o tobie jak o rybie, którą trzeba wypatroszyć.
– Znasz ich?
Uśmiechnął się smętnie.
– Tak, znałem ich przez całe życie. Kiedy byłem chłopcem, oni byli mężami w kwiecie wieku, bardzo pewnymi siebie, przekonanymi o własnej ważności. Teraz ja jestem mężczyzną, a oni starcami, którzy z braku lepszego zajęcia snują się po placu całymi dniami, sypiąc oszczerstwami i obgadując wszystkich innych. Teraz rynek jest zamknięty, w sklepach nie pozostało nic na sprzedaż, ale oni wciąż tu przyłażą, dzień po dniu. – Znów się uśmiechnął. – Lubię tu wpadać czasami tylko po to, aby ich drażnić.
– Dlaczego?
– Widzisz, oni źle mnie traktowali. Ja też spędzałem kiedyś całe dnie na rynku… kiedy nie miałem dachu nad głową. Ten stary cymbał Kalamitos był najgorszy. Odkąd zaczęły się braki w zaopatrzeniu, zrobił się jeszcze większym dziwakiem. Ale miałem uciechę, widząc go tak zdenerwowanego, że aż złamał swoją laskę! Jak pomyślę, ile razy nią oberwałem…
