
– Tak, flota Cezara jest na posterunku. – Hieronimus podążył wzrokiem za moim spojrzeniem. – Myślą, że się schowali za wyspami, ale my ich widzimy, a kuku! – Zatrzepotał palcami w kokieteryjnym pozdrowieniu i roześmiał się z własnego żartu, jakby zdawał sobie sprawę, że taka dziecinada nie pasuje do wyrytych cierpieniem zmarszczek, jakimi pokryta była jego twarz. – Mieliście okazję przyglądać się tej morskiej bitewce, którą tu stoczono jakiś czas temu? Nie? Warto było to widzieć, powiadam wam. Ludzie obsiedli mury całym tłumem, żeby ją obserwować, ale ja tu miałem najlepszy punkt widokowy. Katapulty strzelające pociskami, ogień trawiący pokłady, krew w wodzie! Dziewięć naszych okrętów straconych. Dziewięć z siedemnastu… katastrofa! Jedne zatopione, inne zdobyte przez Cezara. Cóż to było za upokorzenie dla Massilii! Nie umiem wam opisać, jak dobrze się bawiłem. – Patrzył przez chwilę ponuro na spokojny teraz szmat wody, na którym rozegrała się bitwa, po czym odwrócił się do mnie. – Ale obiecałem wam wino! Siadajcie tutaj. Te krzesła są zrobione z importowanego terebintu. Podobno nie powinno się ich zostawiać na dworze, ale co mi tam!
