
Czyjaś ręka schwyciła mnie za ramię. Usłyszałem świst wyciąganego z pochwy sztyletu. Wzdrygnąłem się zaskoczony, ale natychmiast poczułem na uchu ciepły oddech. To był tylko Dawus.
– Co jest na tym cokole? – szepnął. – Człowiek czy…
Nie dziwiłem się jego niepewności. Bezkształtna postać w niczym nie przypominała wyprostowanej figury boga. Mógł to być człowiek na czworakach, obserwujący każdy nasz ruch. Mogła to być sama Gorgona. Wyobraźnia zaczęła podsuwać mi różne niesamowite obrazy.
W świątyni dał się nagle słyszeć jakiś dźwięk… parsknięcie? Syk? Nerwowy chichot? Dobiegał od strony wejścia. Odwróciłem się błyskawicznie, ale ujrzałem tylko niewyraźną sylwetkę. Przez chwilę miałem wrażenie, że widzę dwugłowego potwora o patykowatych odnóżach. W końcu dotarło do mnie, co to za dźwięk: był to z trudem wstrzymywany śmiech, a głowy należały do dwóch mężczyzn. Sądząc po połyskujących hełmach i kolczugach, a zwłaszcza mieczach, musieli to być żołnierze. Stali ściśnięci w przejściu i chichotali.
Dawus wysunął się przede mnie, ściskając miecz w ręku, ale pociągnąłem go z powrotem w tył. Jeden z obcych przemówił:
– Ładna, co?
– Kto… – Zająknąłem się. – Co…
– Posłuchaj tylko, Marku, ten stary mówi po łacinie! – Żołnierz był wyraźnie zdziwiony. – Nie jesteście więc Galami albo Massylczykami, którym udało się wyśliznąć z saka?
Wziąłem głęboki oddech i wyprostowałem się, zanim odrzekłem:
– Jestem rzymskim obywatelem. Nazywam się Gordianus.
Żołnierze przestali chichotać i odsunęli się od siebie.
– A ten duży to kto? Twój niewolnik?
– To mój zięć. A kim wy jesteście?
