
Jeden z żołnierzy naparł barkiem na drzwi i odchylił je jeszcze trochę. Od zgrzytu zawiasów aż mi zęby zadzwoniły. Jego towarzysz, który prowadził z nami ten dialog, założył ręce na piersi i rzekł z wyższością:
– Jesteśmy żołnierzami Cezara. To my tu jesteśmy od zadawania pytań. Czy to ci nie wystarczy, obywatelu Gordianusie?
– To zależy. Znajomość waszych nazwisk mogłaby mi się przydać, kiedy następnym razem będę rozmawiał z Gajuszem Juliuszem.
Ich twarze były prawie niewidoczne, ale po ciszy, która nastąpiła po moich słowach, domyśliłem się, że ich zaskoczyłem. Wiedziałem, nad czym się zastanawiają: czy naprawdę znam ich imperatora wystarczająco dobrze, by zwracać się do niego po imieniu? W końcu mogłem blefować… albo i nie. Kiedy świat wywrócony jest do góry nogami przez wojnę domową, niełatwo właściwie ocenić nieznajomego spotkanego w dziwnym miejscu… a z pewnością nie ma zbyt wiele miejsc dziwniejszych niż ta winnica i świątynia. W końcu żołnierz odchrząknął i rzekł:
– Obywatelu Gordianusie, zacznijmy od tego, że ten twój zięć odłoży broń.
Skinąłem głową Dawusowi, który z ociąganiem wsunął miecz z powrotem do pochwy.
– On go nie wyciągnął na was – zapewniłem, oglądając się przez ramię na ustawione na cokole dziwadło. Teraz, kiedy przez drzwi wpadało więcej światła, zarysy figury były wyraźniejsze, choć wciąż zagadkowe.
– Ach, przestraszył się jej? – Żołnierz prychnął wzgardliwie. – Nie ma się co bać, to tylko Artemida.
Zmarszczyłem brwi i baczniej przyjrzałem się posągowi.
– Artemida jest boginią łowów i dzikich ostępów – zauważyłem. – Zawsze ma z sobą łuk i biegnie z jeleniem. Jest też piękna.
– W takim razie Massylczycy mają dziwne pojęcie o pięknie, bo to naprawdę jest świątynia Artemidy, a to… coś na cokole, czymkolwiek to jest, przedstawia samą boginię. Uwierzyłbyś, że oni przytaszczyli to aż z Jonii, kiedy wyruszali stamtąd przed pięciuset laty? Było to, zanim jeszcze Romulus i Remus ssali wilczycę, w każdym razie według tutejszych.
