
Harry McKay znowu się zamyślił.
– I dlatego zgłosiłaś się do nas na zastępstwo?
– Ano tak.
Co teraz? Prowizoryczna szyna została zamocowana, a noga unieruchomiona na tyle, na ile w tych warunkach było to możliwe. Pora się stąd zabierać.
– Jesteś pewien, że nikt tędy nie przejedzie?
– Nie ma mowy. Jesteśmy zdani na siebie. Najwyższy czas, żeby obrócić mnie na plecy i sprawdzić, czy z mojej twarzy jeszcze coś zostało.
– Myślisz, że coś z nią nie tak?
– Nie. Ale sądzę, że błotna maseczka nie doda mi już więcej urody. Zbierajmy się!
Lizzie ogarnęło na nowo poczucie bezradności. Gdyby miała karetkę, kazałaby go przenieść w pozycji na baczność na sztywne nosze, a następnie dokonała dokładnych oględzin stawów szyjnych i kręgosłupa. Ale karetki nie ma, a ona nie może zostawić go leżącego na środku drogi. Mógłby znowu stracić przytomność, a nawet zasnąć. Rzęsisty deszcz przeszedł tymczasem w zimną, uporczywą mżawkę. Jeszcze trochę, a oboje dostaną hipotermii.
Czując paniczny strach, jakiego nie pamiętała z całej swej lekarskiej praktyki, położyła się znowu na ziemi.
– Teraz przewrócę cię na plecy – rzekła. – Tylko nie próbuj mi pomagać.
– Sama nie dasz rady – wymamrotał. – Ile masz wzrostu?
– Jestem wysoka.
– Nie mówisz jak osoba wysokiego wzrostu.
– Bo mam niski głos.
– Wyglądasz mi na krasnoludka.
– Bo patrzysz na mnie z dołu, w dodatku jednym okiem. – Podłożyła mu ręce pod plecy. – Wiem, że będzie bolało, ale kiedy będę cię przewracać, postaraj się nie zginać pleców ani nie skręcać szyi.
