
Widać było, że żarty wywietrzały mu z głowy i mobilizuje wszystkie siły.
– W porządku. Zaczynaj!
Operacja okazała się zadziwiająco łatwa. Harry zaparł się biodrami, podczas gdy Lizzie podnosiła go jedną ręką, a drugą podtrzymywała jego ramiona i szyję.
– Nie tak szybko – ostrzegła. – Powolutku.
Minutę później Harry leżał na plecach i głęboko oddychał, czekając, aż ból zelżeje. Lizzie też odpoczywała. Ich spojrzenia się spotkały.
Miał intensywnie niebieskie oczy. Niezwykłe, pomyślała Lizzie, czując się dziwnie oszołomiona. Ale może to tylko reakcja na emocjonujące przeżycia i poczucie ulgi, że Harry patrzy na nią przytomnym wzrokiem?
Nie, to nie to. Jego oczy są naprawdę niezwykłe. Miał brudną, ściągniętą cierpieniem twarz i opuchnięte czoło, ale w oczach paliły się iskierki humoru, a na ustach czaił się czarujący uśmiech.
– No i widzisz. Nic się nie stało – powiedział, po czym jednak dodał: – Przydałoby się jeszcze pięć miligramów morfiny.
– Już dostałeś dziesięć. – Badała teraz klatkę piersiową, ramiona, wszystko, czego dotąd nie było widać. – Żałuję, ale więcej nie mogę ci teraz dać.
– Przemądrzała baba.
– Jestem z tego znana. Czy oprócz złamanej nogi odczuwasz jeszcze jakiś ból?
– Nie sądzisz, że to wystarczy?
– Chyba tak.
– Możesz mi przypomnieć, dlaczego cię zatrudniłem?
– Żebyś mógł się ożenić. – Popatrzyła na samochód. Musi go wciągnąć do środka. Ale jak?
– Nie dasz rady podnieść mnie z ziemi.
– Fakt.
– Ale nie możesz mnie zostawić na środku drogi, żeby wjechała na mnie kolejna przy głupia lekarka z wielkiego miasta.
– A ile przygłupich lekarek z wielkiego miasta kręci się po okolicy?
– A widzisz! – ucieszył się. – Sama się przyznałaś, że to ty mnie przejechałaś. Świadków nie było.
– A Pheobe?
