
– Wcześniej był umówiony inny lekarz, ale dowiedział się, jaka to zapadła dziura, i w ostatniej chwili zrezygnował.
To dlatego w agencji ukryli przed nią prawdę. Ogarnęła ją złość.
– W takim razie i ja mam prawo…
– Nie – gwałtownie zaoponowała May. – Pani jest dobra.
– Wcale nie jestem dobra.
– Już ja się znam na ludziach. Ktoś, kto włóczy ze sobą takiego psa jak ta pani suka, zamiast go dawno uśpić, musi mieć serce ze szczerego złota.
– Uważasz, że mam źle w głowie?
– Ja tego nie powiedziałam.
Był to najrozkoszniejszy prysznic w jej życiu. Lizzie stała i stała pod strumieniem gorącej wody, która zmywała z niej brud, uspokajała napięte nerwy i pozwalała zapomnieć o kłopotach i zobowiązaniach.
Phoebe zaopiekował się jakiś człowiek imieniem Joe. Już samo to sprawiło Lizzie nie wysłowioną ulgę. Od śmierci babki suka nie odstępowała jej na krok, co było męczące dla osoby nawykłej do samotności, która nie lubi się wiązać.
Wybierając się dziś do Birrini, Lizzie postanowiła zostawić Phoebe w pensjonacie. Ale gdy tylko zamknęła za sobą furtkę i chciała wsiąść do samochodu, nieszczęsna suka zaczęła rozpaczliwie skomleć i rzucać się na ogrodzenie.
– Przestań, bo stracisz szczeniaki – upomniała ją. Ale Pheobe tak długo skomlała i nie przestawała się szamotać, że Lizzie musiała ją w końcu wziąć. Na swoje nieszczęście, bo przez nieznośną Phoebe znalazła się teraz w beznadziejnym położeniu.
Co powiedziała May? Że jestem dobra?
Nie jestem dobra. Po prostu nie mam wyjścia.
Phoebe była ukochanym psem babci, która bardzo kochała Lizzie i była w jej trudnym dzieciństwie i młodości jedynym oparciem. Na myśl o babci w oczach Lizzie zakręciły się łzy. Nie, nie będzie płakać. To z powodu babci nie mogła uśpić nieszczęsnej Pheobe.
– Jak mogłaś pozwolić, żeby zaszła w ciążę? – jęknęła na głos pod adresem zmarłej babki. – Jednego basseta jakoś bym zniosła, ale cały miot szczeniaków? W dodatku nie wiadomo, jakiej rasy. A jak przyplątał się jakiś kundel? Może zresztą to i dobrze, bo szczeniaki odziedziczyłyby rozum po ojcu.
