
– Hej, kochanie, masz towarzystwo pod prysznicem? – rozległ się głos May. – Bo jeśli tak, to nie przeszkadzam.
– Nic ważnego, po prostu rozmawiałam z sitkiem od prysznica – odparła Lizzie, wystawiając głowę.
Miła kobieta z tej May, pomyślała. Chyba się zaprzyjaźnimy. Jeszcze bardziej się ucieszyła, widząc, co May trzyma w rękach.
– Moje ubrania!
– Ano. Joe przywiózł je z pensjonatu.
– Przywiózł moje bagaże?
– Tak, wszystkie rzeczy. Razem z legowiskiem dla psa.
– To bardzo miło z jego strony. – W rzeczywistości wiadomość ta niezbyt ją ucieszyła. – Możesz mi podać ręcznik? – Wycofała się dla zyskania na czasie za zasłonę, chcąc się zastanowić. – Ale ja nie mogę zostać – rzekła po chwili.
– Musi pani.
– Niby dlaczego?
– Bo potrzebujemy lekarza, który byłby na zawołanie przez całą dobę siedem dni w tygodniu.
– Jak to? – spytała Lizzie, z trudem przełykając ślinę. – Przecież doktor McKay nie był pod telefonem, kiedy wpadł mi pod samochód na leśnej drodze.
– Tylko dlatego, że Emily ciosała mu kołki na głowie. Nic dziwnego, że miał dosyć. Ja też uciekłabym gdzie pieprz rośnie, gdybym musiała bez przerwy podziwiać przygotowania do ceremonii ślubnej.
– To miał być ślub z wielką pompą?
– Jeszcze jaką! – May wsunęła za zasłonę rękę, podając Lizzie bieliznę.
– Lubisz grać rolę garderobianej?
– Tylko jak mam ochotę pogadać. Wyśle pani doktora McKaya do innego szpitala?
– Jak tylko dostanę się do telefonu.
– Emily nigdy tego pani nie daruje.
– Nic na to nie poradzę.
– To pani go potrąciła.
– Więc co mam teraz zrobić? Uzdrowić go cudownym sposobem, żeby mógł dojść o własnych nogach do ołtarza? Jeżeli Emily chce koniecznie zostać jutro jego żoną, musi pojechać razem z nim i zgodzić się na ślub przy szpitalnym łóżku.
