
– Mam podać dżinsy i koszulkę? – zapytała May.
– Doskonale. – Naciągnąwszy na siebie ubranie, Lizzie wyszła zza prysznicowej zasłony.
– Pani im powie, czy ja mam to zrobić?
– Co?
– Że ślub się nie odbędzie.
– A gdzie jest Phoebe? – zapytała Lizzie, na wszelki wypadek zmieniając temat.
– Pod dobrą opieką. Phoebe może na razie poczekać. Teraz musimy przede wszystkim uporać się z Emily.
Czysta i przebrana w suche rzeczy Lizzie ruszyła w kierunki sali, w której odpoczywał Harry. Kiedy zbliżyła się do drzwi, z wnętrza dobiegł ją zdenerwowany kobiecy głos.
– Z nogą w gipsie dojdziesz o kulach do ołtarza. A potem będę cię podtrzymywać. Nie możemy sprawić zawodu dwustu zaproszonym gościom.
Lizzie zatrzymała się z ręką na klamce, czekając na reakcję Harry’ego. On jednak milczał. W obecnym stanie biedak gotów jest zgodzić się na wszystko, pomyślała i otworzyła drzwi. Emily popatrzyła na nią jak na intruza, natomiast na twarzy Harry’ego odmalowała się widoczna ulga.
– Nie wyglądasz na lekarza – zauważył z lekkim uśmiechem.
Faktycznie. Lekarski kitel dodałby jej powagi, ale w szpitalnych zasobach były tylko kitle w jego rozmiarze.
– Ty też nie przypominasz lekarza.
– Bo też czuję się raczej jak pacjent. Co mnie czeka?
Lizzie nie od razu zdobyła się na odpowiedź.
– Podróż do Melbourne. Za pół godziny – odparła w końcu.
– Co pani opowiada! – obruszyła się Emily, puszczając rękę Harry’ego.
– Mówię, że Harry musi być jak najszybciej przewieziony do Melbourne do szpitala. Pogotowie lotnicze zjawi się za jakieś trzydzieści minut. Ja nie potrafię złożyć twojej nogi.
– Dlaczego? – spytał Harry.
Widać nie pamiętał, co mu wcześniej mówiła o rozmiarach złamania i jego możliwych konsekwencjach.
